niedziela, 20 października 2019

Iwo ma 5 miesięcy | co nowego?

Iwo ma 5 miesięcy... Co nowego?
Oprócz tego, że łapie za każdy napotkany nos, to ciągnie za włosy i to nie tylko te damskie. Wyciąga rączki do każdego, a wszystko co jest w stanie złapać od razu ląduje w paszczy. Pełza na brzuchu, kręci się w kółko, podciąga kolana pod brzuch niemalże stając na głowie, dźwiga się do siadania. Plecy parzą, miłość do leżenia na brzuchu jest tak wielka, że ostatnio ciężko jest zmienić na spokojnie pampera. Poza tym pierdzi buzią, śmieje się w głos, zaczepia obce kobiety zalotnym uśmieszkiem... W dzień ma dwie, w przypływie litości do matki, nawet trzy drzemki po 30 minut! Problem w tym, że najlepiej śpi się na spacerze. W nocy budzi się co 3 godziny. Pożegnaliśmy gondolę i od tygodnia wozimy się spacerówką, u małego człowieka nie wzbudziło to jakiś specjalnych emocji. Potrafi bawić się sam na macie nawet godzinę, ulubiona zabawka to dalej oczywiście żyrafa Sophie. Do rozszerzania diety został równy miesiąc, a zębów dalej nie ma. Jako naczelny podróżnik zaliczył kolejny wyjazd, tym razem w Tatry i zdobył wózkiem Morskie Oko.
Ja też nie wiem kiedy zleciało te 5 miesięcy, ale zupełnie nie żałuję, bo on jest coraz fajniejszy, coraz bardziej kontaktowy i uśmiechnięty.





środa, 18 września 2019

4 miesiące na świecie | kilka fałdek później

Na Instagramie się nie zmieściło, to dziś znów jest post na blogu. Jak fajnie, że mam takie miejsce w sieci, które przyjmie wszystko i gdzie nie ma limitu znaków.
Okazja nie byle jaka, bo Iwo ma cztery miesiące. Ani troszkę nie jest mi smutno, że ten czas tak szybko leci. On z tygodnia na tydzień jest coraz bardziej kontaktowy i kumaty. Na ten moment wcale nie tęsknię za tym mniejszym Iwkiem, wręcz nie mogę się doczekać kolejnych etapów. Wiem, wiem, zmienię zdanie i pożałuję jak tylko zacznie gadać/chodzić/pyskować. Może i tak, ale mimo wszystko czekam na to z utęsknieniem. Co się zmieniło?
  • Iwo ma powoli swoje zdanie... Głównie w temacie tego czy woli leżeć na brzuchu czy na plecach, czy może nie leżeć wcale, a być noszonym.
  • Wagą dobija powili do 7 kilo, ostatnio na ważeniu było 6,6 kg, ale, że było to dwa tygodnie temu, więc wiele mogło się już zmienić.
  • Z żalem powoli żegnamy się z rozmiarem 68, choć 74 ma lekki zapas, jesteśmy tak gdzieś pomiędzy. Bodziaki nosi o wiele większe niż spodnie, te nawet w rozmiarze 56 jeszcze niedawno, o dziwo, dawały radę! 
  • Chwyta za nos każdego, ktoś się nad nim nachyli.
  • O zgrozo łapie już za włosy.
  • Wyciąga rączki jak ktoś się do niego zbliża! No nie da się go nie przytulić.
  • Notoryczne odwraca się z pleców na brzuch, plecy ewidentnie parzą... Wózek to jedyne miejsce gdzie leżenie na plecach jest tolerowane, choć oczywiście ciekawiej jest na brzuchu.
  • Ulubiona zabawka to oczywiście żyrafa Sophie i czerwona sensoryczna piłka z sensoków. W sumie ulubione jest wszystko co zmieści się do buzi.
  • Czasem udaje się podciągnąć kolana pod brzuch i podnieść strudzony życiem tyłeczek.
  • Leżąc na brzuchu pełza i kręci się w kółko jak wskazówka zegara, daleko nie ucieknie, ale już trzeba mieć na niego oko!
  • Rąbie czołem jak dzięcioł we wszystko co napotka na swojej drodze, nie ważne czy jest to piłka z wypustkami czy krawędź szafki...
  • Guga, grucha, śmieje się na głos.
  • Jest mega towarzyski i bardzo pogodny, śmieje się od samego rana (Instastory nie oszukuje!).
  • Płacze w zasadzie tylko wieczorami przed kąpielą, jak jest głodny i jak pacnie w coś głową.
  • Uwielbia się kąpiąc, ostatnio mokry jest nawet sufit!
  • Conajmniej raz w tygodniu jesteśmy na basenie, zaczął machać rączkami i nóżkami, doskonali nurkowanie.
  • Nie łapie się jeszcze za stopki, choć odkrył, że je ma.
  • Cwaniaczek dźwiga się do siadania przy każdej możliwej okazji.
  • W nocy wstaje dwa razy, kilka razy udała nam się noc z jedną pobudką.
  • Je około 6-7 razy na dobę.
  • Pampersów nie liczę, to nie ma sensu...
  • Dalej ulewa, co doprowadza mnie do szału! 
  • W dzień ma tylko dwie turbo drzemki po 30 minut.
Kurcze, cieszę się, że w porę wpadłam na pomysł z tymi zdjęciami! Na pierwszy rzut oka nie widać o co chodzi, ale jak się przyjrzy, to widać jak chłopiec z Little Dutch maleje z każdym kolejnym zdjęciem i że Iwek jakoś dziwnie na tej macie zajmuje coraz więcej miejsca. 
To by było chyba na tyle, teraz rozumiecie czemu nie zmieściło się na Instagramie!

wtorek, 17 września 2019

Prezent imieninowy | historia porodu

Wielce wyczekiwany post, za który nie mogłam się zabrać od taaaak dawna, że właśnie mijają cztery miesiące od tego dnia. Nie byłam przekonana do publikowania całej tej historii z obawy, że raczej nikogo nie będzie to interesowało. Ale od dnia porodu dostaję bardzo dużo wiadomości i pytań na ten temat. Nie bójcie się, nie ma w nim nic, o czym nie chcielibyście przeczytać, nie ma nic, co mogłoby Was obrzydzić albo zniesmaczyć. Z perspektywy tych miesięcy wspominam to jako piękny dzień i bardzo się cieszę, że relację z tego co się działo spisałam już dzień później, leżąc w szpitalu, bo teraz nie pamiętałabym tego tak dobrze. Będzie długo, uprzedzam!
Urodziłam 18 maja w szpitalu na Starynkiewicza, miałam wcześniej umówioną położną, do której miałam dzwonić w razie jak coś się zacznie dziać żeby zdążyła do mnie przyjechać.
O 2:30 obudził mnie ból brzucha, a że nie miałam żadnych skurczy przepowiadających to nie do końca wiedziałam czy to faktycznie są te pierwsze skurcze, na które tyle czekałam. A że były od razu co dwie minuty, nie chciało mi się wierzyć, że to już to. Nie brałam pod uwagę, że właśnie zaczęłam rodzić, a przypomnę, że byłam trzy dni po terminie... 
Byłam w szoku. Środek nocy, Marcin śpi. Jak to tak w środku nocy do położnej dzwonić?! Mam ją obudzić?! Nieee, nie dzwonię. Byłam przekonana, że nic nie wiem o porodzie, o skurczach, o tym co mam teraz robić. Bałam się cholernie, że pojadę do szpitala i mnie wyśmieją, że pukną się w czoło i powiedzą, że to żadne skurcze, że mam zwidy i omamy, żebym wracała do domu i im tyłka w środku nocy nie zawracała. Chodziłam po domu, kręciłam się z pokoju do kuchni, z kuchni do łazienki, z balkonu do salonu. Marcin spał, nie wiedziałam co robić. Do szpitala jedzie się przy skurczach co 5 minut, niby cały czas to wiedziałam. A ja miałam skurcze co 2 minuty od samego początku jak tylko wstałam z łóżka... Co dwie minuty i trwały koło minuty. Nie wiem co ja miałam w głowie, że nie chciałam jechać od razu do tego szpitala... Przecież mogłam urodzić w domu z tego wszystkiego. Ale tak się bałam, ze pojadę do szpitala i mnie odeślą. Marcin co chwila się pytał czy wszystko ok, tak tak ok. Szedł spać i znowu zostawiłam sama... Za którymś razem mówię do niego, że wiesz, chyba jednak się zaczęło. Pytał się czy jedziemy, nie nie jedziemy, jeszcze nie. 
Koło 4 poszłam pod prysznic, powiedziałam M, że potrzebuje jego pomocy. Zaspany patrzył na mnie jednym okiem jakby chciał mi powiedzieć żebym sobie jaj nie robiła, przecież jest środek nocy... Od samego początku mierzyłam skurcze w aplikacji, świetna sprawa. Jak boli to totalnie człowiek gubi poczucie czasu, raz wydawało mi się, że skurcz trwał już 10 minut, a tam na stoperze minuta... Raz myślałam, że przerwa była super długa, a tam 2 minuty przerwy między skurczami... Jakiś dziwny stan, letarg, skupienie na bólu, odłączenie wszelkich innych bodźców i funkcji mózgu. Potrzebowałam M żeby mierzył te diabelne skurcze i klikał przycisk jak będę pod prysznicem. A, że prysznic miał trwać pół godziny, to nie było innego rozwiązania. Ja pod prysznicem, M siedzący na kibelku z telefonem. Gadaliśmy sobie, żartowaliśmy jak przychodził skurcz to tak jak w każdej książce czytałam, zginało mnie w pół, zagryzałam zęby, całe ciało broniło się przed bólem. Przypomniałam sobie wtedy, że wszystko robię nie tak, że trzeba robić na odwrót, dać na luz, jak jest skurcz to ruszać się i dać się prowadzić przez ból, nie bronić się przed nim, kołysać biodrami. Myślałam sobie cały czas, że ten ból sprawia, że Iwek przesuwa się w dół, że to jest bardzo potrzebne i dobre, że z każdym kolejnym skurczem jestem tylko bliżej porodu, że już niedługo się to skończy, że jeszcze tylko chwila. K*%&...  Łatwo mówić jak nie boli! Dobra, rozluźniałam się i śmiałam się sama do siebie. Już wtedy nie było ze mną dobrze, bolało jak jasna cholera. Jak boli, a ja się śmieję to znaczy, że boli i to baaardzo! Wtedy właśnie pierwszy raz rozumiałam, że ja wcale nie chcę rodzic... Że ja wcale nie byłam gotowa na ten ból. Kto lubi ból miesiączkowy? A kto lubi ból miesiączkowy razy sto?! Tak... Koszmar! Serio, koszmar. Po jakimś czasie Marcinowi siedzenie na kibelku zbrzydło. Przyniósł sobie, uwaga, poduszkę i kołdrę...? Tak, położył się na ziemi między przedpokojem, a łazienką. Proszę, nie zmyślam.
Dalej klikał przycisk w aplikacji ze skurczami. Godzina 4 nad ranem, ja tańcząca i śmiejąca się z bólu pod prysznicem, Marcin na podłodze w przedpokoju, a Zoja? W łóżku na poduszce smacznie spała! Woda pomogła na ból, było bosko. Ale pod koniec zaczęło być mi słabo i duszno, a i jeszcze niedobrze... Lałam na siebie gorącą wodę, a głowę wystawiałam za prysznic bo nie miałam czym oddychać... Tak bardzo chce mi się teraz śmiać z tej całej sytuacji.
Do szpitala dojechaliśmy dopiero na 6:00. Po drodze podjechaliśmy jeszcze na stację benzynową zrobić zakupy... Jak ruszaliśmy ze stacji, skurcze dalej co 2 minuty, boli jak diabli, uświadomiłam sobie, że chyba jednak muszę po położną zadzwonić. Dzwonię, nie odbiera... Nie no, bez niej nie rodzę! Marcin, nie jedziemy! Wysyłam sms'a, a pod szpitalem dzwonię znowu. Ups, odebrała, do tego ją obudziłam... Jak dziś pamiętam jak bardzo mi było głupio haha! Okazało się, że o 7 zaczyna dyżur, więc z nią rodzić nie mogę. Pyta czy chcę zastępstwo, jedyne czego ja chcę stojąc pod tym szpitalem to mieć to już za sobą. Nie chciałam zastępstwa, do tej pory nie wiem dlaczego... Tego ranka nic nie było logiczne i nic nie miało większego sensu. Bardzo mnie to teraz bawi. Jakbym mózg w domu zostawiła. Dobra, rodzę bez swojej położnej, było mi wszystko jedno.
Na IP okazało się, że rozwarcie na 2-3 centymetry, ciagle miałam obawy że wyśmieją mnie i odeślą do domu. Od wejścia na izbę miałam takie dreszcze, że nie umiałam się podpisać, z emocji bardziej niż z zimna. Hormony szalały. Lekarz mnie zbadał, milion papierków, zgód, już nie pamietam nawet czego. Tak się źle czułam, że wszystko bym podpisała, wstyd przyznać. Przebrałam się i już razem pojechaliśmy na porodówkę. 
Dostałam największą salę, którą oglądaliśmy na szkole rodzenia. Okazało się, że na dzień dobry muszę się położyć. Miałam w głowie, że jak boli to lepiej się ruszać, wtedy już bolało mocno, a oni mi się każą położyć grr. Ale położna podłączyła mnie pod KTG, założyła wenflon, dostałam kroplówkę, pobrali krew i tyle. Leżeć i czekać aż rozwarcie będzie postępować. Jak przyjdą wyniki krwi to dostanę znieczulenie. Już wtedy nie rozważałam czy oby na pewno chce rodzic ze znieczuleniem. Odliczałam tylko minuty do przyjścia anestezjologa. Pytali mnie ze 3 razy, nie było z tym najmniejszego problemu. Najbardziej bolały skurcze przy 4 centymetrach.
Wtedy przyjechała moja położna. Okazało się, że tym telefonem, co mi za niego tak bardzo wstyd było, to uratowałam ją, bo zaspałaby na dyżur. Wyłączyła wszystkie budziki, tylko jakaś nawiedzona Olka się dobijała. Nie ma tego złego, trafiłam z porodem na jej dyżur, więc płacić nie musiałam i uwaga, byłam jedyną rodzącą w tym czasie, więc tak jakby miałam i tak ją tylko dla siebie. Pogadałyśmy, pozwoliła mi iść pod prysznic, M wyciągnął ręcznik i poszliśmy razem. Nie chciałam siedzieć tam sama, spędziłam kolejne pół godziny pod gorącą wodą. Wyszłam, bo znowu było mi słabo i niedobrze. Zdążyłam się ubrać i był już u mnie anestezjolog ze znieczuleniem. Przed znieczuleniem wymiotowałam z bólu, było mi tak strasznie słabo, miałam mroczki przed oczami. 
O 8:00 dostałam znieczulenie. Do 10:00 podsypiałam, bo praktycznie nic nie bolało, taka niesamowita ulga jak ten ból odpuszcza, jak kolejne skurcze się po prostu nie pojawiają! Czekasz i czekasz, a ich nie ma. M poszedł sobie zjeść śniadanie, bo bał się, że i tak spędzimy tam cały dzień. O 9:30 wracają skurcze, ale tym razem z krzyża, zupełnie inne. Czy bardziej bolą? Chyba nie, ale cholernie dobijające psychicznie jest to, że znowu boli. W głowie miałam ciągle to, że o 10:00 miałam dostać kolejne znieczulenie, więc jakoś dotrwałam, odliczałam minuty, wpatrywałam się w zegar. Powtarzałam sobie - oby tylko dotrwać do 10:00. Nie wykraczałam myślami dalej niż do najbliższej czynności jaka miała mnie czekać, nie myślałam o matko jeszcze 10 godzin bólu, nieeee.
Nagle przyszło uczucie jakbym bardzo musiała do toalety... Leżę pod tym cholernym KTG, myślę sobie jak ja im to teraz powiem, że ja muszę do łazienki...? Kombinuję, kombinuję i przypominam sobie (o ja głupia) ze szkoły rodzenia, że to oznaka skurczy partych!! Mówię co i jak i że bóle z krzyża i za ile przyjdzie anastezjolog. Zanim miałam dostać znieczulenie najpierw i tak musiałam mieć badanie ginekologiczne żeby sprawdzić czy poród postępuje i jak z rozwarciem.
A tu nagle 8 cm... Słucham?! Jak to 8?! Podobno przy 8 jest największy kryzys i okrutny ból... No bolało, ale nie gorzej niż przy tych 4 centymetrach. No i skoro było 8, to bez szans na znieczulenie... Słucham?! Jak to bez szans? Ja bez znieczulenia nie rodzę... Chciało mi się płakać, jeszcze 2 centymetry i to totalnie bez znieczulenia?! Okazało sie, ze te 2 centymetry to zrobiły się niewiadomo kiedy. Przyszła położna kazała mi wstać, powiedziała że zaczynamy 2 fazę porodu, stajemy przy drabince i będziemy przeć. No dobra, skoro tak mówi to niech jej będzie. Ze cztery skurcze parte przy drabince, bardziej jakbym się miała załatwić niż jakbym rodziła. Duży wdech, zatrzymanie powietrza, parcie i od nowa. Niby się spinałam, napinałam mięśnie, robiłam o co prosiła, ale nie widziałam rezultatu. Nie bolało jakbym rodziła, ale ona tam się lepiej na tym zna ode mnie. Chwaliła mnie, mówiła że super, że tak muszę robić, że dobra robota. Potem ze dwa parte na kucki i mówi dobra dobra, kładziemy się szybciutko. Kładziemy się? Mówię cholera co się dzieje, jak to się kładziemy?! Ale że coś jest nie tak?? Byłam taka skołowana, że słowa nie wypowiedziałam. Niech sobie robi co chce ze mną, mogę się i nawet na podłodze położyć jeśli sobie życzy. Położyłam się, ubrali się w kubraki, zadzwonili gdzieś i krzyczą - noworodki!!! Jak to cholera noworodki?! Ja wiem, że rodzę, ale że to już?? Proszę przeć, a niech Wam będzie, mogę nawet i przeć. Ale że to już?! Prę raz, mówią żebym przestała. Następny oddech i mam przeć, czuję, że to już. Dostaję takiego powera, że pre od razu kolejny raz i... Urodziłam... Nie krzyczałam, ja nawet się nie zdążyłam zorientować co się dzieje.
Nie płacze! O matko... Normalnie to wiem, że ma prawo nie płakać, ale pierwsza reakcja - o matkooo nie oddycha! Kładą mi go od razu na brzuchu, jest bordowy, zaczyna płakać, jest taki ciepły, taki mały. Patrzę ma Marcina, a ten ryczy. Ja nie płaczę, jeszcze to wszystko do mnie nie dociera. To się stało tak szybko, jeszcze nie rozumiem, że urodziłam zdrowego chłopaka, że urodziłam sobie syna na imieniny. Parte trwały 12 minut, urodziłam w 4,5 godziny od przyjazdu do szpitala. Teraz wszystko jasne czemu to wszystko działo się tak szybko. Byłam nacięta, musieli mnie trochę pozszywać, znieczulenie finalnie dostałam tylko raz.
Iwo Tadeusz Witkowski
18.05.2019 10:27
3308 g 53 cm

poniedziałek, 2 września 2019

Powrót do pracy | mama trochę pracująca

Pojawiło się ostatnio wiele pytań na temat mojej pracy i planów związanych z powrotem, często z resztą przewijał się ten temat na stories. Jak wszyscy dobrze wiecie przed porodem pracowałam jako instruktor pływania i zajęcia prowadziłam głównie w weekendy, miałam również kilka godzin w tygodniu popołudniami. Od poniedziałku do piątku rano i przedpołudniem nie pracowałam wcaaaaaaale! Nieprzypadkowo taki układ, dążyłam do tego i bardzo chciałam pracować w takiej formie, wreszcie się udało. Prowadzę działalność gospodarczą, nie mam umowy o pracę, co jest równoznaczne z brakiem jakiegokolwiek urlopu macierzyńskiego, wychowawczego itp., więc nie mogę sobie w spokoju posiedzieć w domu nie martwiąc się o finanse.

Ostatnie zajęcia poprowadziłam 2 tygodnie przed porodem, całą ciążę pracowałam i uważam, że bardzo dobrze mi to zrobiło. Powrót na basen planowałam na początek września, czyli równiutkie 4 miesiące przerwy. Plany planami, ale wszystko uzależnione było od tego jak bardzo wymagający będzie Iwo, czy będzie chciał jeść z butli, czy ktoś inny oprócz mnie będzie mógł się nim zająć, czy będzie chorowity, czy on sam będzie chciał z kimś innym zostawać, no nigdy nie wiadomo. Od miesiąca dużo na ten temat rozmawialiśmy i rozmyślaliśmy, braliśmy pod uwagę wiele rozwiązań, łącznie z tym żebym nie pracowała wcale i jednak zajęcia przekazała komuś innemu. Każde z rozwiązań miało masę plusów i minusów, każde było jednocześnie złe i dobre... A decyzję trzeba było podjąć na cały najbliższy rok szkolny i działać w takim trybie czy się chce czy nie, czy się okaże to nietrafionym pomysłem czy strzałem w dziesiątkę.
Finalnie pracować będę tylko w soboty i niedziele po 5-6 godzin dziennie. Argumenty za to: nie ma co ukrywać, przede wszystkim pieniądze, ale też klienci i moje ukochane dzieciaki, które czekały na mnie te 4 miesiące aż wrócę, ahh no i aspekt dla każdej młodej mamy niezmiernie ważny - można wyrwać się z domu do ludzi. Do tego moja praca związana jest z aktywnością fizyczną, co jest dla mnie nie bez znaczenia. Jeszcze jedna fajna kwestia - chłopaki będą mogli nacieszyć się tylko sobą przez te kilka godzin, Marcin będzie miał okazję wykazać się i pobyć trochę z synem, zająć się nim od A do Z, po prostu pobyć tatą, co w tygodniu jest raczej niemożliwe.
Tak, karmię piersią, bardzo często pytacie o to jak gdzieś wychodzę, albo właśnie mówię na temat pracy. Mleko zostawiam chłopakom z dużym zapasem, Iwek nie ma problemu z jedzeniem z butli, a w niedziele pomiędzy zajęciami przyjeżdżają nawet do mnie na szybki obiad! Od dłuższego czasu testowaliśmy samotne, męskie wycieczki i 
Głównym argumentem przeciwko powrotowi do pracy było wspólne spędzanie czasu. Marcina nie ma od poniedziałku do piątku od rana do wieczora, gdybym wróciła na basen w formie sprzed porodu, mijalibyśmy się każdego dnia, bez szans nawet na wspólne zjedzenie obiadu czy wspólny spacer do parku... No słabo! Gdzieś musieliśmy znaleźć kompromis i tak to poukładać żeby każde z nas było zadowolone, żeby Iwo miał mamę i tatę dla siebie, żebyśmy i my mogli nacieszyć się sobą.
Czy nie za szybko wróciłam do pracy? Uważam, że w takiej formie jest to idealny moment. Gdybym miała zostawiać Iwka 5 razy w tygodniu na 8 czy 10 godzin to byłoby to dla mnie trudne, byłoby to za dużo. Wiem, że w niektórych krajach kobiety nie mają wyjścia i jakoś to ogarniają, podziwiam na maksa! 
Ja jestem niesamowicie podekscytowana, przebieram nogami, ściska mnie w żołądku, mam tremę i jednocześnie nie mogę się doczekać, gęba sama mi się cieszy na myśl o zajęciach, o moich dzieciakach, które zarażają pozytywną energią i uśmiechem. To była bardzo dobra decyzja żeby wrócić do zajęć!

piątek, 23 sierpnia 2019

Niemowlę na basenie | Q&A

Jak tylko pokazuję Iwka na basenie to zasypujecie mnie wiadomościami, stąd pomysł na Q&A. Dostałam od Was mnóstwo pytań, nie spodziewałam się, że tak bardzo ciekawi Was ten temat. Dużo z nich się powtarzało, jeśli nie znajdziecie odpowiedzi na swoje pytanie, proszę napiszcie je jeszcze raz w komentarzu pod tym postem. Najbardziej interesuje Was oczywiście nurkowanie takiego malucha, zanurzanie pod wodę, wstrzymywanie oddechu, nalewania się wody do nosa, buzi, uszu, zachłyśnięcie. W drugiej kolejności jakość wody, temperatura, chlor i ozon. Jeśli macie większą wiedzę na któryś z tych tematów to piszcie śmiało, chętnie się doszkolę.

Nurkowanie i wstrzymywanie oddechu jak to u nich jest?
Maluszki maja odruch wstrzymywania oddechu pozostałość po życiu płodowym, który zanika po 6 miesiącu życia, dlatego zaleca się rozpoczęcie zajęć na basenie przed osiągnięciem 6 miesięcy, aby przedłużyć ten odruch. Nie boję się, że Iwo się zachłyśnie, o to było mniej więcej 30 pytań. Powtarzam Wam, jestem instruktorem pływania, zajęcia z niemowlakami prowadzę od trzech lat, mam doświadczenie w tym co robię, jestem spokojna o to, że nie zrobię małemu krzywdy. 

Czy nurkować samemu?
Jeśli nie miałbym takiej wiedzy i doświadczenia to nie wiem czy bym się na to zdecydowała. Całe szczęście na większości basenów organizowane są zajęcia dla niemowlaków prowadzone przez wykwalifikowaną kadrę, która zna się na tym co robi i nie pozwoli aby maluchowi stała się krzywda.

Jak zabezpieczyć uszka dziecka przed zalaniem? Od jakiego czasu moczysz Iwkowi uszy?
Iwo uszy moczy od swojej pierwszej kąpieli, nie widzę powodu żeby robić inaczej. Na basenie woda do uszu dostaje się tak samo jak podczas kąpieli, nie dzieje się z nimi nic złego. Woda tak samo jak wpłynęła tak samo wypływa. Uszy dokładnie wycieramy ręcznikiem, trzymamy w cieple, po pływaniu siedzimy koło 20-30 min na basenie żeby „ostygnąć”. Jeśli jest zimno albo wietrznie na drogę do samochodu zakładamy czapkę.


Kiedy zacząć i jakie są przeciwwskazania?
Zaleca się rozpoczęcie basenowej przygody w wieku 3 miesięcy. Kiedy maluch samodzielnie umie trzymać główkę, odporność jest na wyższym poziomie. Jeśli chodzi o przeciwskazania zdrowotne to zawsze będę powtarzała, ze jeżeli macie jakiekolwiek zastrzeżenia i wątpliwości, idźcie do swojego pediatry. Przed rozpoczęciem zajęć czy to zorganizowanych czy samotnym wypadzie na basen zalecana jest taka wizyta.

Czy woda koniecznie musi być ozonowana?
Czy woda chlorowana nie szkodzi skórze maluszka?
Każda woda jest chlorowana, nawet ozonowana. Chlor jest potrzebny w wodzie, bo niszczy bakterie. Sam ozon nie zniszczy tego, czego nie chcielibyśmy w basenie spotkać. W każdym basenie jest chlor, istnieją przepisy prawne określające minimalną zawartość stężenia chloru w wodzie, a ozonu w wodzie nie ma. Jest on usuwany z wody zanim ta trafi do basenu. I tak, każda woda wysusza skórę, czy jest ozonowana czy chlorowana.
Czy na basen też chodzą mamy z dziećmi czy raczej tatusiowie?
Tak, ale faktycznie więcej jest tatusiów. Mama ma wtedy wolne i czas dla siebie, no i nie każda mama zaraz po porodzie ma ochotę paradować w kostiumie. Osobiście uważam, że to fajna okazja do spotkania innych mamusiek z bobasami w podobnym wieku z takimi samymi problemami, można sobie wspólnie ponarzekać i wymienić doświadczeniami.

Jak przygotować dziecko do zimnej wody w basenie?
W domu kąpać stopniowo w chłodniejszej wodzie, maluch z czasem się przyzwyczai.

Czy rodzic musi umieć pływać?
Nie musi umieć, ale nie powinen bać się wody. W końcu to maluch pływa, a nie my, do tego woda w brodziku przeważnie sięga nam do pasa, stopami chodzimy po dnie, ale dla naszego lepszego samopoczucia możemy poruszać się przy brzegu.

Czy maluch, który nie lubi kąpieli może polubić basen?
Podstawowe pytanie - dlaczego nie lubi się kąpać? Ja bym spróbowała.

Czy można brać na basen fotelik?
Dla mnie podstawowe dwie kwestie przy wyborze basenu - czy są przewijaki i czy można właśnie wnosić fotelik. Obie te rzeczy zależą od basenu i dowiecie się tego dzwoniąc na konkretny obiekt. 

Mycie, przebieranie, ogarnianie siebie po basenie?
Jak się przebiera takiego malucha na basenie? 
Jeśli jest przewijak to przebieranie malucha nie jest problematyczne. W pierwszej kolejności przebieram się ja, wtedy Iwo leży w foteliku, potem on wskakuje w pieluszkę do pływania i jesteśmy gotowi. Po pływaniu oboje zawijamy się w ręczniki, wchodzimy razem pod prysznic, myję Iwka, ja już kąpię się w domu, chyba, że mam kogoś do pomocy. Zawinięta w ręcznik ubieram Iwka, pakuję do fotelika i mam obie ręce wolne żeby zająć się sobą, znaczy w ułamku sekundy wskoczyć w ciuchy, bo mały pływak już jest głodny. Bez fotelika i przewijaka w pojedynkę może być dość problematycznie. Takiej opcji jednak na żadnym basenie nie spotkałam, wszędzie można było wnosić fotelik, z przewijakami faktycznie bywa bardzo różnie.
Czy na każdy basen można iść z niemowlakiem?
Ważne żeby woda miała 31-34 stopnie. Przed wizytą na basenie wystarczy zadzwonić i dowiedzieć się czy wpuszczają maluchy i czy są jakieś udogodnienia typu przewijaki czy szatnia rodzinna. Nie spotkałam się z basenem, na który nie pozwolono nam wejść z Iwkiem.

Uczycie go pływać sami czy z pomocą instruktora?
Sami, ale od września będzie chodził na zajęcia razem z tatą. Nie ma nic fajniejszego od kontaktu z innymi maluszkami.

Basen z maluchem samemu czy tylko z instruktorem?
W moim poprzednim poście jest odpowiedź na te pytania.

Jaki basen w Warszawie?
Moje ulubione z maluchem to WUM i Polonez.

Co trzeba zabrać na basen dla bobasa?
  • Klapki jeśli maluch chodzi
  • Pampers do pływania - my mamy z Rossmanna i jest to jedyne co ma na sobie Iwek jak wchodzi do wody
  • Czepek- na niektórych basenach wymagane
  • 2x duży ręcznik - jeden po wyjściu z basenu, drugi po kapieli pod prysznicem
  • Mydło
  • Pieluszka na zmianę, awaryjne ubranka, skarpetki, czapka

wtorek, 23 lipca 2019

Iwo na basenie | mam swojego pływaka


Iwo ma niecałe 10 tygodni i tak, byliśmy dziś na basenie. Od kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży myślałam o tym, nie mogłam się doczekać, planowałam, odliczałam, wyczekiwałam i wreszcie mam! Część z Was może nie wiedzieć, a to dość istotne w tej całej historii, ale jestem instruktorem pływania i od 3 lat prowadzę na basenie zajęcia z niemowlakami, ale też wszystkimi innymi większymi dzieciakami i dorosłymi. Zatem naturalne było dla mnie, że Iwo dość szybko rozpocznie swoją przygodę z pływaniem, a w zasadzie z oswajaniem się z wodą.
 Ustalmy najważniejszą rzecz - nie będę Was namawiała żebyście za pierwszym razem poszli sami ze swoimi maluchami na basen, nie każdy czuje się na siłach i jak najbardziej to rozumiem. Nie bierzcie ze mnie przykładu haha. Ja wiem jak to wszystko ogarnąć, czuję się pewnie i jestem spokojna, że sobie poradzimy. Ale jak najbardziej będę Was namawiała żebyście poszli na zajęcia dla niemowlaków. Nie jest to żadna reklama, nie będę polecała żadnej konkretnej firmy, a jedynie zorganizowaną formę takich zajęć. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, lęki, obawy, pytania to zawsze będzie to najlepsze rozwiązanie. Na takich zajęciach instruktor opowie i pokaże jak wchodzić i wychodzić z wody z dzieckiem na rękach, jak trzymać malucha w basenie, jak to zrobić żeby się rozluźnił, jak pilnować żeby nie napił się wody. Zadba o to żebyście i Wy i Wasze maluchy miały z tego jak największą frajdę. Podejdzie, poprawi, wytłumaczy. A Wy oswoicie się do tego stopnia, że Wasza buba za niedługo zacznie nurkować, słowo! Do tego kontakt z innymi dziećmi, innymi dorosłymi, różne zabawy, zabawki, ćwiczenia, przybory, no same plusy.
Jej... Właśnie zdałam sobie sprawię, że szalenie lubię to co robię i bardo tęsknię za swoimi zajęciami z dzieciakami. Nie ma chyba bardziej wdzięcznej pracy niż praca z małymi bąblami. A teraz mam swojego własnego małego pływaka, którego zaczynam uczyć wszystkiego od początku.
Mogłabym gadać i pisać na temat pływania niemowlaków w nieskończoność, ale o zaletach takich zajęć, jak one wyglądają, ile kosztują, ile trwają, co ze sobą zabrać, co się nie przyda, a bez czego nie można wyruszyć z domu itd możecie poczytać w necie. Chyba, że chcecie żebym coś takiego napisała? To miał być post o tym jak nam poszła pierwsza wizyta na basenie... ale jak widać wstęp wyszedł na tyle przydługi, że zdecydowałam zrobić z niego osobny wpis haha. A post o Iwku może pojawi się niebawem! 

czwartek, 18 lipca 2019

2 miesiące | rosnę sobie


Iwo wreszcie zrobił się całkiem kumatym gościem, widać olbrzymią różnicę na przestrzeni tego miesiąca. Za nami podróż na Mazury, szczepienie, tydzień bez taty, miliard spacerów, trzy kupy po pachy, sesja zdjęciowa, kilka wyjść do restauracji, dwie wizyty u dziadków bez rodziców, pare wycieczek komunikacją miejską i mnóstwo kilometrów zrobionych autem. Nosi rozmiar 62 i waży 5,5 kilograma. Włosów ma dalej tyle ile miał, czyli prawie wcale. Zębów oczywiście i na całe szczęście jeszcze ani śladu, za to pani ortopeda postraszyła, że szybko zacznie chodzić. To akurat żadne zaskoczenie, bo oboje zaczęliśmy biegać mając 9 miesięcy... Ma piękne, długie, podkręcone rzęsy, które nie przestają rosnąć i już wiem, że każda baba będzie mu ich zazdrościła. Potrafi zapakować do paszczy całą swoją wielką pięść, umie chwytać pieluszkę, moje ubranie i nawet smoka, którego ma w buzi. Zasypia sam w łóżeczku ubrany w śpiworek, przytulony do Effika. Czytamy mu wiersze Brzechwy, potem puszczamy kołysanki i wychodzimy. Śpi jeszcze w dostawce obok naszego łóżka, ale jak tylko dorobimy się elektronicznej niani to zaczniemy go przyzwyczajać do spania osobno. Z czym, jestem pewna, nie będzie najmniejszego kłopotu, bo Pan potrafi zasnąć wszędzie bez najmniejszego problemu. W nocy budzi się 2-3 razy. Potrafi spać nawet do 9, choć czasem zaczynamy dzień i o 5... Przy sprzyjających wiatrach ma dwie dłuższe drzemki, ale przeważnie dzieje się to dziwnym trafem akurat na spacerze. Wtedy niewiele udaje mi się zrobić w domu.
Lubi leżeć na brzuszku i oglądać kontrastowe obrazki. Jeden, jedyny raz udało mu się przekręcić z brzuszka na plecy i z pewnością nie było to jeszcze świadome. Uśmiecha się i gada jak szalony, szczególnie jak się wyśpi i naje. Podrywa wszystkie sąsiadki i inne nieznajome na swoje duże, wiecznie zdziwione oczy! Smoczka używa tylko do zasypiania.
Płacze tylko kiedy jest głodny, nudzi mu się albo musi beknąć. Potrafi sam poleżeć w łóżeczku albo na macie jakiś czas, ale najfajniej jednak kiedy ktoś do niego gada i niunia. Bardzo lubi spacery i jazdę autem, w samochodzie nie zawsze śpi, zrobił się ciekawskim obserwatorem. Jeździ z nami wszędzie, podobają mu się nowe miejsca i nieznajome twarze. Przed kąpielą zawsze wygłupiamy się, tańczymy i śpiewamy do śmiesznych polskich piosenek. Kąpie się bardzo chętnie, nurkuje, pływa i chlapie jak szalony. Wanienka z Ikei zrobiła się już za krótka na jego szaleństwa. To chyba tyle z nowych umiejętności i ciekawych wyczynów tego śmiesznego, małego człowieka. Zobaczymy czym nowym zaskoczy nas w tym miesiącu.

piątek, 28 czerwca 2019

Co nie przydało mi się w szpitalu? | 6 tygodni po

Tytuł trochę przekorny i przewrotny, bo w zasadzie przydało mi się prawie wszystko to, co zabrałam ze sobą do szpitala. Długo zastanawiałam się w jaki sposób nanieść poprawki na już istniejący post, jak dodać do niego komentarze, uwagi i wyjaśnienia. Stwierdziłam, że łatwiej i bardziej czytelnie będzie jeśli zrobię to po prostu w osobnym wpisie, tak aby ten pierwszy nie przybrał formy niekończącego się elaboratu. Zatem jeśli nie czytałaś posta na temat wyprawki, który napisałam jeszcze przed porodem, najpierw zapraszam tutaj, a później do przeczytania poniższego postu.
Nie będę tu od nowa wypisywać wszystkich rzeczy, które miałam ze sobą. Wspomnę o tym bez czego nie wyobrażam sobie tych 2 dni, bez czego do szpitala pojadę następnym razem i co mi ułatwiło życie.

  1. Jedna duża torba albo walizka do szpitala to zdecydowanie super rozwiązanie. Dorzuciłabym do tego małą podpowiedź: nie pakować torby na maksa, zostawić sobie trochę luźnego miejsca w razie gdyby trzeba było coś na szybko wyjąć i od razu zamknąć walizkę albo zabrać dużą lnianą torbę na zakupy. Trochę kiepsko na środku porodówki skakać po walizce żeby ta się domknęła.
  2. Dokumenty. Posegregowane, uporządkowane i ułożone, tak żeby na IP wiedzieć co gdzie i jak. Ja byłam tak zestresowana i tak mnie bolało, że nie miałabym głowy do szukania i sprawdzania co wyjmuję. Segregator od Mamy ginekolog załatwił sprawę.
  3. Wszystkie rzeczy do porodu miałam w osobnej strunowej torbie z Ikei, nie trzeba było niczego szukać. To tak samo ułatwia życie jak segregator.
  4. Koszule i szlafrok z Dolce Sono zdecydowanie dostają 6 z plusem, spisały się świetnie. Mimo mojej wielkiej niechęci do koszul, używam ich w dalszym ciągu w domu.
  5. Na porodówkę warto przygotować ręcznik, ja miałam możliwość wejścia pod prysznic na 30 minut, odgrzebanie ręcznika z walizki nie było nadzwyczaj uporczywe, ale warto mieć to z tyłu głowy przy pakowaniu.
  6. Jestem bardzo zadowolona z majtasów wielorazowych Horizon, jeśli z takich pantalonów kiedykolwiek można być zadowolonym. Prałam wielokrotnie, schły błyskawicznie, nie niszczyły się, przy noszeniu nie uciskały ani nie spadały, podkład mi z nich nie wypadał, za specjalnie też się nie przesuwał mimo braku kleju.
  7. Lanolina i muszle laktacyjne z Medeli! Mogę jechać na porodówkę bez koszul, kapci i ręcznika, ale bez tego nie ruszę się nigdzie. Na te biedne, skatowane brodawki to był jedyny ratunek. Lanolinę używam do tej pory.
  8. Rożek do spania dla Iwka. Nie było obaw, że się rozkopie, zakryje sobie buzię, zmarźnie, że ktoś z rodziny źle go będzie trzymał. Bardzo na tak.
  9. Śmialiście się ze mnie, ale gdybym nie wzięła własnych sztućców to nie zjadłabym ani jednego posiłku. Podobna sprawa miała się z papierem toaletowym.
  10. Zabranie powerbanka też uważam za mistrzowskie posunięcie. Kontaktów było sporo, ale wszystkie w bezpiecznej odległości od mojego łóżka...
Jedyna rzecz, której realnie mi zabrakło to ubranka dla Iwka, ale brałam to pod uwagę i w domu było wszystko naszykowane. Marcin dowoził codziennie. Przydał się mniejszy rozmiar, czyli 50 i o wiele, wiele więcej bodziaków i pajacy. Mimo wszystko do walizki i tak nie pakowałabym więcej, zawsze można dowieźć.
Jeszcze jedna rzecz, która przyjeżdżała do mnie codziennie to jedzenie. Kwestia moich alergii to raz, a dwa łakomstwo i chęć pochrupania czegoś podczas karmienia i nocnego balowania. Ah i jeszcze rogal do karmienia, fajnie mieć, nie trzeba. Ja świadomie nie wzięłam, ale chyba następnym razem jednak się zdecyduję.
Co nie przydało się zupełnie?
  1. Termofor na porodówce. Za szybko urodziłam, nie zdążyłam nawet pomyśleć o tym, że go mam.
  2. Butelka i smoczek. Nie musiałam dokarmiać, a smoczka nie chciałam i tak dawać z założenia, zapakowałam w razie wielkiej katastrofy.
  3. Ręcznik dla Iwa. Pierwsza kąpiel odbyła się dopiero w domu.
  4. Laktator. Nie wzięłam i dobrze, bo tak jak i wkładki do stanika, przydał się dopiero koło 5-6 dnia po porodzie kiedy przyszedł nawał.
Uważam, że spakowałam się całkiem przyzwoicie, nie zmarnowałam miejsca na niepotrzebne duperele i klamoty, torbę miałam niewielką i z pewnością o niczym nie zapomniałam przy pakowaniu! Jeśli macie wątpliwości odnośnie rzeczy, o których nie napisałam to pytajcie śmiało. 

czwartek, 30 maja 2019

Zoja i jej pisklak | jak zareagowała na nowego człowieka?

Dostaję od Was dużo pytań odnośnie psa. Jak sunia zareagowała na Iwka? Co zrobiła jak przynieśliśmy małego do domu? Jak się zachowuje i czy jest zazdrosna? Czy lubi nowego człowieka? Zacznę od tego, że nie mieliśmy żadnych obaw, nie martwiliśmy się zupełnie o to jak to będzie po porodzie, nie czytaliśmy porad, nie nastawialiśmy się negatywnie na spotkanie psa z noworodkiem. Sunia jest z nami 3,5 roku. Śpi z nami w łóżku, wyleguje się na kanapie, wszędzie z nami wyjeżdża, mówimy do niej jak do człowieka, z pewnością myśli też, że nim jest. Mieliśmy już w domu zatem jedno dziecko, w dodatku totalną jedynaczkę. 
Pierwsza reakcja na Iwka? Przynieśliśmy go do domu w foteliku, postawiliśmy na podłodze w przedpokoju i czekaliśmy. Sunia najpierw nie zwróciła na niego uwagi, była tak za mną stęskniona, że nic innego nie miało znaczenia. Potem z ciekawością go wąchała. Jak położyliśmy młodego na łóżku żeby się zapoznali to chciała się z nim bawić, skakała dookoła niego, ale jednocześnie bała się każdego jego ruchu i szybko się odsuwała. Bardzo zabawnie to wszystko wyglądało. Iwek jak to Iwek, grzecznie sobie leżał i gadał jak pisklak.
Od następnego dnia zapanowała totalna, bezgraniczna miłość do malucha. Nie odstępuje go na krok, przybiega do Iwka jak ten zaczyna płakać, chodzi za nami po domu, jak mały płacze to Zoja musi go powąchać żeby sprawdzić czy nie robimy mu krzywdy. Jak Iwo leży na kanapie, na kanapie jest też Zoja, jak Iwo jest w łazience, to łazience jest też Zoja, jak przebieramy pampersa, to zawsze mamy towarzystwo. Jak Iwo puszcza bąki i robi kupę to Zoja siedzi i kręci głową słysząc takie dziwaczne dźwięki, a potem podchodzi i wącha, prześmieszne to wyglada. Jak przebieramy się na przewijaku to mamy rytuał, że trzeba dać Zojce pisklaka do powąchania żeby sprawdziła czy wszystko z nim ok, inaczej podskakuje z czterech łap i płacze. Jest bardzo delikatna i czujna na nasze reakcje. Nie skacze po nim, nie włazi na niego, nie kładzie się na nim. Nie było ani razu przez te 10 dni sytuacji kiedy musieliśmy odsuwać psa od malucha. Nie licząc momentów kiedy Zoja chciałaby zalizać na smierć z miłości, dosłownie. 
Znalazłam idealne zdjęcie do tego co chcę napisać haha. Jest jeden szkopuł, czy jedna rzecz, która potrafi być denerwująca. Sunia jest bardzo zazdrosna. Ale nie w negatywnym stopniu, po prostu jak karmię Iwka, jak trzymamy go na rękach, trzeba mieć koniecznie drugą rękę wolną, specjalnie przeznaczoną do głaskania. Staramy się oczywiście poświęcać jej nawet więcej czasu niż przed porodem, wiemy, że i dla niej to nowa sytuacja. Jakaś dziwna poczwarka, która przyszła nie wiadomo skąd ukradła jej rodziców. Mimo miłości do pisklaka wiemy, że potrzebuje naszej uwagi bardziej niż kiedyś. Zabawek jeszcze nie mamy, ale już wiemy, że z pewnością będą wspólne. Łóżko, kokon i rożki już zostały przetestowane. Nie, nie mamy problemu z tym, że pies dotyka rzeczy malucha. Wszystko w granicach zdrowego rozsądku.
Jeszcze spacery! Pomińmy to, że nie jest to jeszcze moja mocna strona... No pokonuje mnie chodzenie z tym nygusem i z wózkiem, ale myślę, że chusta rozwiąże nasze problemy i pozwoli na spacery bez nerwów! Zoja uwielbia wychodzić z pisklakiem, jest przeszczęśliwa. Jak szykujemy się do wyjścia z domu to jest turbo szaleństwo, skoki, radosne odgłosy, bieganie po wszystkich pokojach, z kuchni do łazienki, z małego pokoju na kanapę w dużym. Sprawdza gdzie maluch, czy oby nie zostawimy go w domu. Jak wracamy do domu z Iwem, a Zoja tam na nas czeka, to tak samo po przyjściu jak z nami tak z małym musi się przywitać. Podsumowując, mamy to szczęście, że Zoja bardzo fajnie odebrała małego i nie musimy się zupełnie martwić o ich kontakt. Śmieję się, że mam w domu bliźniaki. Nie mogę się doczekać jak Iwo będzie większy i będą się razem bawić. 
Miał być krótki i treściwy post, a jak zaczęłam pisać to się okazało, że mam Wam tyyle do powiedzenia. Jestem ciekawa jakie Wy macie doświadczenia!!!

sobota, 11 maja 2019

Z pamiętnika ciężarówki | część 4

08/05
7 dni do terminu. Co robię żeby urodzić? Tydzień temu, zaczynając 39 tydzień ciąży, skończyłam pracować. Do końca kwietnia prowadziłam jeszcze zajęcia z dziećmi na basenie i to nie tylko z brzegu, kicałam dzielnie razem z nimi w wodzie. Oprócz tego, właśnie skończyliśmy się przeprowadzać, nie będę Wam tłumaczyć ile to pakowania, rozpakowywania, sprzątania, składania, chowania, układania oznacza. Wierzę, że choć raz w życiu sami przez to przechodziliście i lubicie to z równie mocną wzajemnością co my! Zaczęłam chodzić na siłownię. Tak, tak ja wiem, widzicie oczami wyobraźni te martwe ciągi, przysiady ze sztangą i interwały na bieżni. Mhm, chciałoby się, oj chciało! A w rzeczywistości? 30 minut na rowerku z obciążeniem z numerkiem 1, a potem 30 minut wygibasów ciążowych i rozciągania. Wiecie jaka jestem po tym zmęczona?! Nie wyobrażacie sobie nawet jaki to jest wysiłek przy tych dodatkowych kilogramach, z gościem w brzuchu, po tylu tygodniach, ba, miesiącach bez pożądanego treningu. Tak się zastanawiałam ostatnio czy jest coś, czego jakoś bardzo mi w ciąży brakuje. Tak bardzo, bardzo to nawet nie ma, aż się sama zdziwiłam. Ale jak zaczęłam myśleć to znalazło się kilka rzeczy, do których chętnie wrócę. Numer jeden - spanie na brzuchu, potem solidny, okrutny trening, ale taki żeby zalać się potem jak świnka. A potem to już takie przyziemne rzeczy jak tatar, krewetki, parmeńska i shisha. A i jeszcze te wszystkie sportowe legginsy, w które brzuch już od dawna się nie mieści, które od miesięcy płaczą z samotności, leżąc w ciemnym kącie. A i jeszcze obcinanie paznokci u stóp bez uprawiania jogi, choć pedi u kosmetyczki ostatnio całkiem przypadł mi do gustu hihi. Codziennie po kilka razy maszeruję po schodach, góra, dół, dół, góra. Już sąsiadeczki się śmieją, że chyba bardzo chcę urodzić... Nie no co Panie, marzy mi się ciąża jak u słonia (21 miesięcy)! Łykam olej z wiesiołka, piję herbatkę z liści malin. Tańczę, kręcę pupą na piłce, rozciągam się, masuję wszędzie gdzie trzeba, z niemężem przytulam. A Iwo siedzi dalej, najwyraźniej pogoda mu się nie podoba.
09/05
6 dni do terminu. Jak się czuję? Pytanie, które słyszę częściej niż cześć i dzień dobry. Pytanie, którym wita się ze mną dosłownie każdy. Czasem myślę, że oni wszyscy i Wy wszyscy to jeszcze mniej macie cierpliwości ode mnie, a myślałam, że to niemożliwe. A czuję się właśnie bardzo dobrze, znacznie lepiej niż przez ostatni czas. Praktycznie nic mnie nie boli, nigdzie mi nie strzyka, nie jest mi jakoś znacznie ciężej, śpi mi się dobrze, nie puchnę, siku nie biegam, jem normalnie. Nic nadzwyczajnego jak na ostatnie dni ciąży. Znacznie gorzej je sobie wizualizowałam. Zawsze powtarzam, że lepiej się nastawić na gorsze i być miło zaskoczonym, niż dostać obuchem w łeb, bo się miało nadzieje na bóg wie co! Brzuch rośnie i się obniża, słyszę to od każdego... Iwo wierci się jak szalony, kocham to uczucie, będę tęsknić okrutnie za tymi kopami prosto w żebra, teraz już to wiem. Bilans? Na wadze około +11, więc bosko, ja jestem zadowolona. Rozstępów brak. Cellulit jest, ale jakby mniejszy niż przed ciążą? Możliwe to?! W sumie jem więcej owoców, warzyw, piję więcej wody, więcej się smaruję, szczotkuję i masuję... Ruchu tylko znacznie mniej. Z cerą problemów nie mam, chyba że tknę coś co ma gluten, wiadomo. Faza na arbuza, truskawki, zielonego ogórka trwa w najlepsze.

10/05
5 dni do terminu. Obiecałam sobie cały dzień nic nie robić i odpocząć. Powiedziałam, że będę leżeć, kawę pić i seriale oglądać. No nawet się udało, a u mnie to niełatwe, bo szczególnie teraz na końcówce to umiejetność nic nie robienia totalnie u mnie zanikła! Dobrze, że miałam dużo do zrobienia w internetach, to jakoś mi się specjalnie czas nie dłużył. Ale takie siedzenie na zadzie to totalnie nie dla mnie. Po całym dniu nic nie robienia tak we mnie emocje wezbrały, że ryknęłam wieczorem jak bóbr z totalnie nieznanego mi powodu... No dramat! Znaczy wniosek jest jeden, że lenistwo to jednak totalnie nie dla mnie, moja głowa cierpi katusze. Jutro idę na siłownię i na zakupy, a w niedzielę jadę na działkę. A zaraz lecę wstawić pranie, wyjąć rzeczy ze zmywarki i trochę poprasować. Uf, wreszcie zrobię coś pożytecznego dla świata, od razu mi lepiej! To jest adhd czy pracoholizm?
11/05
4 dni do terminu. Czekanie to cholernie męczące zajęcie. Szczególnie jak czeka ze mną cała moja rodzina, cała rodzina mojego niemęża, wszyscy znajomi i nieznajomi, wszyscy Wy, klienci, sąsiadki i koleżanki babć... I wszyscy w kółko zadają pytanie: Czy to już? Czy Ty jeszcze nie urodziłaś? Cholernie miłe i wzruszające jak tyle ludzi czeka na to, co noszę pod sercem, na kogoś, na kogo kiedyś wydawało mi się, że czekam tylko ja jedna. Ale jak codziennie mam nadzieję, że to już, teraz, za momencik i biorąc pod uwagę, że już nie pracuję (jak 40tc można nazwać już), że siedzę w domu, robię wprawki do kury domowej, niemąż w pracy całymi dniami to oszaleć idzie jak zostaję sam na sam z tym czekaniem. Najlepiej nie myśleć, głowę czymś innym zająć, zapomnieć o tym, że to krąży, nadchodzi i zbliża się wielkimi krokami. Już się przestałam nawet bać tego porodu, na koszt tego jak bardzo chciałabym go mieć za sobą. Bo jak tak siedzę i czekam to wymyślam głupoty, czytam te internety i te miliony dziwacznych, nie zawsze super pozytywnych historii i wspomnień z porodu. No pierze mózg, w skrócie. Teraz to się doczekać nie mogę, ciekawe jak szybko po porodzie będę pakowała Iwka z powrotem tam skąd przyszedł, bo będę padała na nos ze zmęczenia, bezradności i bezsilności!