środa, 26 lutego 2020

9 miesięcy | zęby to zło

Nie było nowych pomiarów, bo Iwo albo ma katar, albo kaszle, albo ma stan podgorączkowy.....więc szczepienia odwołane. A szkoda, bo mam wrażenie, że będzie spora różnica! No nic, poczekamy i niedługo się przekonamy. Wydaje mi się, że wyciągnął się na długość, a brzuszka chyba troszkę mniej. Ale jak widzę go codziennie, to sami wiecie, ciężko tak oceniać. Ubranka na 74 już praktycznie wszystkie schowane, 80 jest dobre, ale 86 jest jeszcze duuużo za duże. 
W kwestii przemieszczania nie ma wielkich postępów. Czworakuje tak szybko, że czasem nie mogę go w domu znaleźć! Jestem pewna, że gdzieś poszedł, a on już tam był trzy razy i jeszcze zdążył popsuć coś w drugim pokoju. Stawia samodzielnie pierwsze kroczki, ale z uśmiechem na buzi pada jak długi. Dalej wisi mi na nogawce, choć nauczył się stać bardzo stabilnie przy ścianie, przy lustrze, przy szafkach kuchennych bez uchwytów, bez trzymanki, więc jest już nieco łatwiej. Udaje się go zająć na jakiś czas, pod warunkiem, że jestem w tym samym pomieszczeniu.
Ostatnio siedziałam na kanapie i pracowałam na kompie, a Iwo bawił się na ziemi sam przez 1,5h no bajka! Ma już o wiele mniejszą potrzebę przebywania na rączkach, w pełni zadowala go jak ja schodzę do jego poziomu żeby z nim pogadać, poprzytulać czy pobawić się. Lament okropny rozlega się kiedy zamykam się w łazience. Wcześniej wszystko robiliśmy tam razem, ale musimy wymienić półkę na kosmetyki, bo z aktualnej wszystko można wyjąć, a wręcz zamaszystym ruchem wyrzucić jedną po drugiej prosto na ziemię uprzednio próbując czy oby na pewno nie jest to coś pysznego do schrupania... 
Zaliczyliśmy kolejny super wyjazd do Szklarskiej Poręby, pierwsze wspólne narty biegowe w Jakuszycach. Iwo był zachwycony, całą przygodę smacznie przespał w nosidle haha. No i pierwsze sanki w życiu! Śmiał się jak wariat.
Na basenie dawno nie byliśmy, bo człowiek przez te zęby jakiś chorowity. Właśnie... Zębiska! Są, całe CZTERY! Wyszły na przestrzeni dwóch tygodni... Koszmarny okres dla mnie, serio. Gorączki, gile po pas, kaszel, maruda, niejadek, płaczek, maminsynek. Nie chciał jeść, spać, bawić się. Najlepiej na rączkach, wybawiło nas nosidło! Spanie najlepiej obok mnie, pobudki i tak ze strasznym płaczem. Uhhh, mam nadzieję, że mamy to już za sobą i kolejne będą bardziej łaskawe!
Ale zębiska ma śliczne i tak bosko się teraz uśmiecha, że nie mogę przestać go rozśmieszać żeby się napatrzeć haha. Sami zobaczcie! Robi papa, cześć, przybija piątkę, daje buziaka, ale tylko mi! Mówi baba, mama i ostatnio nawet wychodzi amam kiedy siadamy do jedzenia. Tata nie chce mu przejść przez gardło haha, co za pech! Umie pokazać gdzie jest światełko, słoneczko i Zoja.
Je 3/4 posiłki, bardzo zależy od tego jak wyglada nasz dzień. Jest śniadanie, zupka, 2 danie i jak zdążymy to podwieczorek/kolacja. Zaczął więcej jeść! Mleczka nie odmawia, nawet jak bardzo się naje to lubi poprawić mleczkiem. Hity miesiąca to kasza gryczana i ryba, zajadał się jak szalony. Bardzo lubi zupy, chętnie pije wodę, za chrupki kukurydziane zrobi wszystko. Wykluczyliśmy póki co gluten, jajka i mleko, przez co trochę trudniej nam się je i komponuje posiłki, ale dajemy radę. Poczekamy jeszcze trochę i będziemy testować czy coś można zacząć znowu jeść.
Mamy za sobą totalny kryzys snu, ledwo żyłam, te zęby prawie mnie wykończyły! Ale wróciliśmy już do jako takiej normy, wstajemy 2/3 razy tylko na jedzenie i śpimy dalej! Drzemki w dzień ostatnio mocno ewoluowały, są tylko dwie i trwają po 2h... Błagam, niech to się nigdy nie zmienia! Uwielbiam to, w końcu mogę coś zrobić, ugotować, pozmywać. O trenowaniu wtedy nie ma mowy, nie chce mi się, nie mam gdzie, bo w domu...bałagan haha! Jak szły zęby to spałam kiedy tylko mogłam, nawet jak nie było ugotowane i posprzątane, a i tak ledwo funkcjonowałam. 
Przestałam mieć małego bobasa, mam małego chłopca i nie mogę się napatrzeć. Nauczył się, że może mieć swoje zdanie, które bardzo chętnie manifestuje... Szczególnie podczas ubierania, zmieniania pampera, zapinania w wózku czy foteliku, no i kiedy nie pozwalam się bawić czymś, co do zabawy się po prostu nie nadaje, a Iwo widzi w tym największą rozrywkę tego dnia. Krzyczy, płacze, wyrywa się, próbuje ile może. Najchętniej bawi się plastikowymi pudełkami na jedzenie, gumkami sprężynkami do włosów, łyżkami, koralikami, kablami, pilotami. Z zabawek uwielbia piłki, rzuca, gania, łapie, podrzuca. Lubi też burzyć wieże z klocków, szpulek czy kulek, ma ubaw po pachy jak denerwuję się na żarty za każdym razem, że znów mi zniszczył budowlę. Wreszcie jest jakiś przebłysk we wspólnym czytaniu książeczek, choć cały czas najchętniej je gryzie... Dalej nie mamy grających ani świecących zabawek i jakoś nikt z tego powodu nie cierpi. Rośnie za to kolekcja płyt z muzyką i piosenkami, non stop coś u nas leci. Można śpiewać i tańczyć całymi dniami. 
Chyba o niczym nie zapomniałam, mam taką nadzieję! Cieszę się, że rośnie, jest zdrowy i uśmiechnięty. To jest kolejny najlepszy nasz wspólny miesiąc. Zęby nie są łatwe, lęk separacyjny też, nauka chodzenia przy mojej nogawce tak samo, ale w życiu bym nie chciała wrócić go czasów jak był mniejszy, nie przemieszczał się, nie gadał, nie protestował. Teraz po prostu jest najfajniej, a będzie jeszcze lepiej!

wtorek, 4 lutego 2020

8 miesięcy | bardzo spóźnione

Zdecydowanie królem, tfuuu królową organizacji czasu to ja nie zostanę... Musicie mi wybaczyć i zaakceptować, że u mnie wszystko dzieje się z mniejszym lub większym poślizgiem! Obiecuję, że następne podsumowanie zacznę pisać już jutro, to może do 18 lutego się wyrobię. Ale kurcze, wiecznie brakuje mi na coś czasu. Codziennie muszę wybierać, albo trening albo czysta chata, zakupy albo pranie, wieczorne oglądanie filmu albo ogarnianie internetowego życia. Taki codzienny labirynt pomiędzy tym co chcę, co muszę, co powinnam. Czasem idealnie zorganizowana, a czasem beznadziejnie goniąca za obiadem, z bałaganem, cebulą na głowie, niewyspana. Jedno jest u nas pewne, nudno nie jest!
Ostatnie pomiary: 8,6 kg i 72cm! Powoli chowamy ubranka na 74, 80 jest już dobre! W kwestii przemieszczania się znowu nastąpiła kolosalna zamiana! Miesiąc temu cieszyłam się, że Iwo zaczął siadać i robi to co chwila, że robi dwa kroczki na czworaka... Mhm! Teraz siedzenie jest dla leszczy, a pozycja na czworaka służy do pogoni za psem albo za mamą, która wiecznie ucieka po domu i nie daje się złapać. Bo jak tylko dam się złapać, to robię za słup do wspinaczki. Pierwszy raz stanął na nogach w Święta i od tamtej pory nie ma lepszej zabawy i fajniejszej pozycji do obserwowania świata! Nie no sorry, lepiej jest jednak na rączkach, szczególnie w kuchni jak robimy śniadanie albo jak gotujemy obiad... Dzięki synek!
Przydałby nam się kitchen helper, tylko kurcze, nasza kuchnia jakaś taka za mała na takie atrakcje... Chodzenie przy meblach i przy kanapie opanowane do perfekcji, kucanie i siadanie ze stania też, choć na początku myślałam, że już do końca życia będzie przewracał się jak kłoda! Trzymany za rączki zasuwa jak szalony, śmiejemy się, że on nie chodzi tylko od razu biega. Nie mogę wyjść samotnie z pokoju, Iwo jest zawsze w zestawie, wieczna pogoń na czworaka. A jak się sierota zagapi, pochłonie go zabawa, to w moment uruchamia alarm i na sygnale sunie przez cały nasz "wielki" dom w poszukiwaniu mojej nogawki. Jak tylko mnie zobaczy to zaczyna rechotać ze śmiechu i się uśmiechać... No wariatkowo! Jak kąpię się SAMA pod prysznicem to stoi przyklejony do kabiny prysznica, wyje, wyglada jak porzucona sierota, aż mam wyrzuty sumienia, że miałam czelność się wykąpać. Jedzenie w samotności? No way! Nie tyle zazdrość, że ja jem, a on nie, co „Mamo, spoko, możesz sobie jeść w spokoju, ja sobie TYLKO poćwiczę stanie i spadanie akurat przy Twoim krzesełku” z głową oczywiście pomiędzy nogami od stołu i 3 innych krzeseł....... Dzięki synek po raz kolejny!
Pojawiły się pierwsze istotniejsze postępy na basenie! Umie z siadu sam wskoczyć do wody i zanurkować, trzymany za rączkę sam chodzi po materacu żeby potem zrobić skok z nóżek, przy dużej asekuracji w makaronie z blokadą utrzymuje się i nawet przemieszcza, tak, macha nóżkami! Jest mały bunt na pływanie na plecach, ale pracujemy nad tym. Potrafi machać jednocześnie rączkami i nóżkami pływając na brzuszku, goniąc za zabawką, rozkosznie ochlapuje przy tym wszystkich w okolicy. Bardzo mało brakuje żeby samodzielnie trzymał się brzegu bez pomocy. Niestety odkrył, że woda w basenie „nadaje się” do picia... Moja teoria o tym, że gdzieś jest więcej i lepiej, żeby gdzieś było gorzej, idealnie się sprawdza w dalszym ciągu. Równowaga zachowana. Iwo nie gada, nic a nic!!!! Uparta z niego bestia... Umie robić papa, reszta to dalej czarna magia. Więc inteligencja ruchowa ukradła wszystkie punkty inteligencji językowej!
Wprowadziliśmy trzeci posiłek. Zależy od tego jak nam się dzień ułoży jest to drugie śniadanie albo podwieczorek w postaci jogurtu kokosowego albo sojowego z jakimś dodatkiem warzywnym albo owocowym. Na śniadanie dalej kaszki, owsianki z owocami, obiady mięsko, rybka, albo same warzywka, do tego kasze, ryże, makarony. Lubi jeść łyżeczką, ostatnio nawet woli być karmiony, bo rączki zajęte jedzonkiem... Bardzo lubi pić zupy kremy z Doidy. Bboxa mamy zawsze pod ręką, bo mógłby pić i pić bez końca. Nauczył się częstować innych przy jedzeniu, ma z tego taaaaką frajdę, że zapomina o karmieniu samego siebie. Nie lubi ziemniaków, marchewki i hummusu. Dalej uwielbia zielonego ogórka i wszystko inne mokre, soczyste, z dużą ilością soku.

Pojawił się lęk separacyjny i zaczęły odzywać się zęby. Mamy na koncie też pierwsze przeziębienie, gile po pas, zapchany nos, stan podgorączkowy, zapalenie spojówek.
Opcja „sen nocny” uległa trwałej awarii... Do czasu do kiedy mam wstawać żeby nakarmić i odłożyć śpiocha do łóżeczka, nie mam problemu żeby robić to kilka razy w nocy. No po prostu rozumiem, że tak musi być, nie jest to dla mnie jakieś bardzo uciążliwe. Ale! Jak budzi mnie okrutny ryk, jak po karmieniu nie da się gościa odłożyć, jak budzi się zanim dotrę do własnego łóżka. Odpowiadam zbiorowo, nie, nie wezmę go do naszego łóżka, bo nie umiem z nim spać, oznaczałoby to dla mnie tyle samo snu co teraz! W dzień ma 2/3 drzemki. Pierwsza koło 2h po wstaniu, kolejna bardzo różnie i bardzo różnie też trwa, ale ostatnio coraz częściej koło 1,5h!!!! Wygrałam na loterii normalnie hahaha. Trzecia drzemka udaje się tylko kiedy ta druga trwa marne 30min. Ale 3x po 30 to i tak bosko! Można wypić gorącą kawę, a w dramatycznych momentach też pójść spać.
Czytamy książeczki, tańczymy, śpiewamy i gramy. Zaczęliśmy razem biegać, pływamy, turlamy się, siłujemy, ganiamy po domu. Razem jemy, razem gotujemy, razem sprzątamy, pranie też razem wieszamy. Czego my razem nie robimy... Z miesiąca na miesiąc kocham coraz mocniej i coraz bardziej lubię to nasze wspólne, szalone na swój sposób życie. Dalej przez myśl mi nie przechodzi, że miałabym iść do normalnej pracy i nie spędzać z nim całych dni. Wiadomo, czasem mam dość, wszystko mnie denerwuje, chcę wyjść i nie wrócić... Ostatnio nawet częściej niż dotychczas! Ale jak się wyśpię i najem to mi przechodzi haha.

piątek, 20 grudnia 2019

7 miesięcy za nami | co nowego

To zdecydowanie miesiąc, w którym zmieniło się najwięcej i miesiąc, który minął mi najszybciej. Chyba dlatego, że tyle się działo, żaden dzień nie był taki sam, ciągle coś robiliśmy, nie siedzieliśmy w domu, a Iwo każdego dnia wymyślał coś nowego! Chodzimy razem na zajęcia fitness, byliśmy pierwszy raz na Gordonkach i Iwo z tatą albo z babcią chodzi na basen, ale tego chyba nie muszę Wam pisać. Codziennie spacerujemy, chodzimy po warzywa i owoce na bazarek albo do eko sklepu, wymyślamy sobie jakieś ciekawe wycieczki.


Przede wszystkim zaczęliśmy rozszerzać dietę. Bardzo na to czekałam, nie mogłam się doczekać, odliczałam dni i szykowałam się od dłuższego czasu. Od początku bardzo chętnie siadał do jedzenia i pakował wszystko do buzi, ale dopiero w czwartym tygodniu zrozumiał, że odgryziony kawałek ma trafić do brzuszka, nie do kieszonki w śliniaku. Bałagan nie raz jest ogromny, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Za to bardzo demotywuje mnie brak chęci do jedzenia. Całe szczęście Iwo taki kryzys miał tylko w okolicy trzeciego tygodnia i mam wrażenie, że ten problem jest już za nami. Ulubione zdecydowanie: zielony ogórek, ananas i pomidor. Mleko je tak samo często i tak samo krótko co wcześniej. Czyli co jakieś 2,5-3 godziny przez mniej więcej 5 minut. Zębów brak.
Największe postępy zrobił w kwestii siedzenia. Dosłownie dwa dni przed skończeniem 7 miesięcy usiadł sam, bez podporu. Z podporem siadał już od dłuższego czasu. Jak tylko odkrył jak fajnie można bawić się mając do dyspozycji dwie ręce, to nie chce robić nic innego. Co chwilę siada, choćby po to żeby ściągnąć skarpetkę. Nie cierpi leżeć na plecach, przewijanie zaczęło być mało statycznym zajęciem.
Jeśli chodzi o czworakowanie to pozycja jest pewna i stabilna, umie zrobić dosłownie dwa kroczki. Bardzo długo ręce ogarniały, a nogi odjeżdżały. Ale od jakiś paru dni udało mu się zsynchronizować. Choć szybko traci cierpliwość, robi dwa kroczki na czworaka, a resztę drogi pokonuje pełzając w ekspresowym tempie. Umie się bawić w swoim pokoju, albo w każdym innym pomieszczeniu, w którym akurat znajdzie coś ciekawego do zabawy. Zdarza się, że 30 minut bawi się jedną dmuchaną kaczką albo obgryza gumowe kuchenne łapki. Jak się znudzi to tak długo pełza po domu, jednocześnie wołając mnie, aż wreszcie znajdzie. Wtedy uwiesza się na mojej nogawce i skrzeczy żeby wziąć go na ręce. Będąc na czworaka potrafi wysoko sięgać ręką, zaczął ściągać z wysokości różne ciekawe rzeczy. Potrafi z czworakowania przejść do klęku... W ten właśnie sposób wlazł dzisiaj prawie pod prysznic!!! Z zabawek najfajniejsza jest żyrafka, pudełka z których można coś wyjmować i wszystko z czego można zbudować wieżę żeby potem ją zburzyć. Z kuchennych akcesoriów wygrywa oczywiście łyżeczka.
Przestał bać się innych bobasów, myślę, że duża tutaj zasługa zajęć, na które chodzimy, gdzie ma styczność z innymi dziećmi. Bardzo dużo zmieniło się jeśli chodzi o spanie... Niestety na gorsze! Od dwóch tygodni budzi się średnio co 1,5 godziny, coś strasznego nooo! Przeważnie wypada koło 5 pobudek w nocy. Ale w dalszym ciągu dość szybko idzie na pierwszą drzemkę, często oboje nawet nie wyskakujmy z piżam do tego czasu. Spanie w dzień troszkę się unormowało, powstała nawet jedna dłuższa drzemka w okolicach 12-14. Bardzo dużo zależy jaki mamy plan dnia, a u nas każdy dzień jest inny, co nie sprzyja rutynie. 
Zaczął bardzo fajnie obserwować otoczenie i to, co dzieje się wokół niego. Ogląda wiatrak na suficie, śledzi wzrokiem biegającą na spacerze Zojeczkę, zaczepia ludzi w autobusie przekrzywiając zalotnie głowę. Dalej kąpie się w wanience, ale jestem w trakcie poszukiwania alternatywnego sposobu kąpieli pod prysznicem, bo dzień w dzień cała łazienka jest zalana, a on i tak od dawna nie mieści się już do wanienki. Nie ma zębów. Jest niesamowicie uśmiechnięty, pogodny, bardzo często się śmieje.
Ostatnie pomiary: 8,3 kg i 70 centymetrów. Ubranka na 74 są idealne, czekają nas lada dzień zakupy i rozmiar 80!!! Duży człowiek się zrobił. Jeśli chodzi o mówienie to od zeszłego podsumowania nie ma zupełnie żadnej zmiany, nawołuje mnie jedynie po swojemu z innego pokoju jak nie wie gdzie sobie poszłam. Od dwóch dni jeździmy w spacerówce na siedząco, nowa jakość spacerowania! Cisza, spokój, mam wrażenie, że moglibyśmy tak spacerować całymi dniami. Wreszcie widzi coś więcej, jest tak zaciekawiony i zainteresowany tym co dzieje się wokół.

piątek, 29 listopada 2019

6 miesięcy | aktualizacja

Sześć miesięcy jak jeden dzień? Niby tak, a jednak nie do końca. Zleciało szybko, ale to jednak było sześć długich miesięcy, tyle rzeczy się zmieniło, tyle rzeczy się wydarzyło. A ten poród był jakoś tak strasznie dawno temu. A kiedy to było jak chodziłam z brzuchem?!
Od kiedy urodziłam ta granica sześciu miesięcy wydawała mi się jakaś magiczna, przełomowa, ważna. Żyłam w przekonaniu, że wtedy bobas już jest mega kumaty, sam siedzi, zaczyna się rozszerzanie diety, zmienia się gondolę na spacerówkę. No generalnie byłam pewna, że jak Iwo skończy te sześć miesięcy, to już będę miała fajnego chłopaka, z którym coś już będzie można robić. Z biegiem czasu ta magiczna granica jakoś się rozmyła, bo Iwek od dawna już jest takim śmiesznym, rozumnym bobasem, który interesuje się tym co robię, reaguje na to co się dzieje i co się do niego mówi, jest silny, wszędobylski i niesamowicie towarzyski.
Oprócz tego waży 7,7 i mierzy podobno 68, ale wszystkie ubranka nosi na 74. Nie mówi dalej ani tata ani mama... A tak na poważnie, to generalnie mało mówi, bo mam wrażenie, że cały czas skupia się na ekspresowym rozwoju ruchowym. Nie ma czasu na gadanie, guganie i inne dziwne dźwięki. Małomówny gościu mi się trafił, co poradzę! On po prostu daje mi się wykazać i całymi dniami słucha co ja mam mu do powiedzenia, a gadam i śpiewam non stop. Nigdy nie lubiłam, ani tym bardziej nie umiałam śpiewać, ale totalnie się wkręciłam w ten sposób komunikacji z Iwkiem. Przy ludziach tego nie robię, bez obaw! No więc tak jak napisałam, Iwo raczej nie gada, za to jeśli chodzi o przemieszczanie się to zadziwia mnie każdego dnia. Pełza po całym domu jak szalony, włazi w każdą dziurę, w którą zmieści mu się głowa... Myśli, że jak głowa się mieści to reszta też przejdzie, przez co niejednokrotnie muszę przybywać z ratunkiem, bo utyka i nie potrafi włączyć wstecznego. 

Dosłownie 4 dni przed skończeniem 6 miesięcy zaczął przyjmować pozycję do czworakowania, jak on się niesamowicie z tego cieszy. Nie ma jeszcze mowy o przemieszczaniu się w tej pozycji, ale frajdę ma niesamowitą, obity nos i czoło od lądowania też, ale nic sobie z tego nie robi. Nie lubi leżeć na plecach, w moment przekręca się na brzuch żeby coś nabroić. Najbardziej lubi bawić się metalową łyżeczką i gumką do włosów sprężynką, najlepsze gryzaki. Z zabawek faworytami dalej jest żyrafa i grzybek. Najchętniej spędza ze mną czas w kuchni, ogólnie pełza po domu i szuka gdzie jestem, śledzi mnie. Umie i lubi się sam bawić, ale znacznie bardziej lubi przebywać w pomieszczeniu razem ze mną. Zasypia dalej tylko ze smoczkiem. Dużo się uśmiecha i śmieje. 

W nocy budzi się 2 razy, koło 23/24 i 3/4, dzień zaczynamy koło 6, ale po krótkiej zabawie znowu zasypia na 1/2 godziny. Od kiedy zaczął pełzać w dzień zasypia z zegarkiem w ręku co równiutkie 2 godziny, na początku byłam w szoku, ale widać kosztuje go to mnóstwo energii. Śpi wtedy różnie, między 30-60 minut. Je co 2,5h-3 godziny, ale jest ekspresowy, potrzebuje max 5 minut żeby się najeść. Jak jest śpiący to płacze i nauczył się trzeć oczy, nie da się nie zauważyć, że chce iść spać! Dalej nie boi się obcych, notorycznie swoim zalotnym uśmiechem podrywa wszystkie spotkane kobiety, które tylko się do niego uśmiechają. Na inne bobasy reaguje ciekawością, ale boi się jak gadają albo krzyczą do niego, trochę nie wie o co chodzi, płacze i patrzy się na mnie jakbym mu kosmitów przyprowadziła. Wreszcie odkrył, że ma stopy, długo mu to zajęło w porównaniu do innych ruchowych osiągnięć. Lubi łapać się za stopy, jak nie sięga to trzyma się za spodnie na kolanach, skarpet jeszcze nie umie ściągać, całe szczęście! Do momentu osiągnięcia 6 miesięcy nie jadł nic poza moim mlekiem, jak to czytacie to jesteśmy już w drugim tygodniu BLW!

Dalej kocha Zojkę wielką i odwzajemnioną miłością, choć ona nauczyła się okazywać mu uczucie - lizać i uciekać, wie, że jak za długo zabaluje to straci garść włosów. Iwo dalej jest niedelikatny, pracujemy nad tym cały czas. Uwielbia ganiać ją po domu, jej zdaje się też się to podoba, bo drażni się z nim i cały czas ma nad tym kontrolę. Iwo nie jest zbyt zwrotny i szybki, ale niedługo Zoja nauczy się, że prawdziwie bezpieczna jest tylko na fotelu albo kanapie. Uwielbia się kąpać, to się nie zmienia. Po kapieli więcej jest wody na podłodze niż w wanience... Chodzimy na basen minimum raz w tygodniu, przeważnie jednak wychodzą dwie wizyty. Macha już i rączkami i nóżkami, gania pływające zabawki, nurkuje, zdaje się być bardzo skupiony na pływaniu, rzadko się uśmiecha, ale widać, że mu się podoba! Uwielbia przytulasy, wspólne zabawy, łaskotki, latanie w samym pampersie, oglądanie siebie w lustrze. Śmieje się w głos. Lubi zabawę w akuku i zaśmiewa się jak szalony kiedy go straszę i robię buuu! Nie robi brawo brawo ani papa, za to nauczyliśmy się przybijać piątkę! No i dalej ani jednego zęba, nic też nie zwiastuje zmiany tego stanu.

To by było chyba na tyle. Lubię te nasze podsumowania, aż gęba mi się sama cieszy ile on już umie!

niedziela, 20 października 2019

Iwo ma 5 miesięcy | co nowego?

Iwo ma 5 miesięcy... Co nowego?
Oprócz tego, że łapie za każdy napotkany nos, to ciągnie za włosy i to nie tylko te damskie. Wyciąga rączki do każdego, a wszystko co jest w stanie złapać od razu ląduje w paszczy. Pełza na brzuchu, kręci się w kółko, podciąga kolana pod brzuch niemalże stając na głowie, dźwiga się do siadania. Plecy parzą, miłość do leżenia na brzuchu jest tak wielka, że ostatnio ciężko jest zmienić na spokojnie pampera. Poza tym pierdzi buzią, śmieje się w głos, zaczepia obce kobiety zalotnym uśmieszkiem... W dzień ma dwie, w przypływie litości do matki, nawet trzy drzemki po 30 minut! Problem w tym, że najlepiej śpi się na spacerze. W nocy budzi się co 3 godziny. Pożegnaliśmy gondolę i od tygodnia wozimy się spacerówką, u małego człowieka nie wzbudziło to jakiś specjalnych emocji. Potrafi bawić się sam na macie nawet godzinę, ulubiona zabawka to dalej oczywiście żyrafa Sophie. Do rozszerzania diety został równy miesiąc, a zębów dalej nie ma. Jako naczelny podróżnik zaliczył kolejny wyjazd, tym razem w Tatry i zdobył wózkiem Morskie Oko.
Ja też nie wiem kiedy zleciało te 5 miesięcy, ale zupełnie nie żałuję, bo on jest coraz fajniejszy, coraz bardziej kontaktowy i uśmiechnięty.





środa, 18 września 2019

4 miesiące na świecie | kilka fałdek później

Na Instagramie się nie zmieściło, to dziś znów jest post na blogu. Jak fajnie, że mam takie miejsce w sieci, które przyjmie wszystko i gdzie nie ma limitu znaków.
Okazja nie byle jaka, bo Iwo ma cztery miesiące. Ani troszkę nie jest mi smutno, że ten czas tak szybko leci. On z tygodnia na tydzień jest coraz bardziej kontaktowy i kumaty. Na ten moment wcale nie tęsknię za tym mniejszym Iwkiem, wręcz nie mogę się doczekać kolejnych etapów. Wiem, wiem, zmienię zdanie i pożałuję jak tylko zacznie gadać/chodzić/pyskować. Może i tak, ale mimo wszystko czekam na to z utęsknieniem. Co się zmieniło?
  • Iwo ma powoli swoje zdanie... Głównie w temacie tego czy woli leżeć na brzuchu czy na plecach, czy może nie leżeć wcale, a być noszonym.
  • Wagą dobija powili do 7 kilo, ostatnio na ważeniu było 6,6 kg, ale, że było to dwa tygodnie temu, więc wiele mogło się już zmienić.
  • Z żalem powoli żegnamy się z rozmiarem 68, choć 74 ma lekki zapas, jesteśmy tak gdzieś pomiędzy. Bodziaki nosi o wiele większe niż spodnie, te nawet w rozmiarze 56 jeszcze niedawno, o dziwo, dawały radę! 
  • Chwyta za nos każdego, ktoś się nad nim nachyli.
  • O zgrozo łapie już za włosy.
  • Wyciąga rączki jak ktoś się do niego zbliża! No nie da się go nie przytulić.
  • Notoryczne odwraca się z pleców na brzuch, plecy ewidentnie parzą... Wózek to jedyne miejsce gdzie leżenie na plecach jest tolerowane, choć oczywiście ciekawiej jest na brzuchu.
  • Ulubiona zabawka to oczywiście żyrafa Sophie i czerwona sensoryczna piłka z sensoków. W sumie ulubione jest wszystko co zmieści się do buzi.
  • Czasem udaje się podciągnąć kolana pod brzuch i podnieść strudzony życiem tyłeczek.
  • Leżąc na brzuchu pełza i kręci się w kółko jak wskazówka zegara, daleko nie ucieknie, ale już trzeba mieć na niego oko!
  • Rąbie czołem jak dzięcioł we wszystko co napotka na swojej drodze, nie ważne czy jest to piłka z wypustkami czy krawędź szafki...
  • Guga, grucha, śmieje się na głos.
  • Jest mega towarzyski i bardzo pogodny, śmieje się od samego rana (Instastory nie oszukuje!).
  • Płacze w zasadzie tylko wieczorami przed kąpielą, jak jest głodny i jak pacnie w coś głową.
  • Uwielbia się kąpiąc, ostatnio mokry jest nawet sufit!
  • Conajmniej raz w tygodniu jesteśmy na basenie, zaczął machać rączkami i nóżkami, doskonali nurkowanie.
  • Nie łapie się jeszcze za stopki, choć odkrył, że je ma.
  • Cwaniaczek dźwiga się do siadania przy każdej możliwej okazji.
  • W nocy wstaje dwa razy, kilka razy udała nam się noc z jedną pobudką.
  • Je około 6-7 razy na dobę.
  • Pampersów nie liczę, to nie ma sensu...
  • Dalej ulewa, co doprowadza mnie do szału! 
  • W dzień ma tylko dwie turbo drzemki po 30 minut.
Kurcze, cieszę się, że w porę wpadłam na pomysł z tymi zdjęciami! Na pierwszy rzut oka nie widać o co chodzi, ale jak się przyjrzy, to widać jak chłopiec z Little Dutch maleje z każdym kolejnym zdjęciem i że Iwek jakoś dziwnie na tej macie zajmuje coraz więcej miejsca. 
To by było chyba na tyle, teraz rozumiecie czemu nie zmieściło się na Instagramie!

wtorek, 17 września 2019

Prezent imieninowy | historia porodu

Wielce wyczekiwany post, za który nie mogłam się zabrać od taaaak dawna, że właśnie mijają cztery miesiące od tego dnia. Nie byłam przekonana do publikowania całej tej historii z obawy, że raczej nikogo nie będzie to interesowało. Ale od dnia porodu dostaję bardzo dużo wiadomości i pytań na ten temat. Nie bójcie się, nie ma w nim nic, o czym nie chcielibyście przeczytać, nie ma nic, co mogłoby Was obrzydzić albo zniesmaczyć. Z perspektywy tych miesięcy wspominam to jako piękny dzień i bardzo się cieszę, że relację z tego co się działo spisałam już dzień później, leżąc w szpitalu, bo teraz nie pamiętałabym tego tak dobrze. Będzie długo, uprzedzam!
Urodziłam 18 maja w szpitalu na Starynkiewicza, miałam wcześniej umówioną położną, do której miałam dzwonić w razie jak coś się zacznie dziać żeby zdążyła do mnie przyjechać.
O 2:30 obudził mnie ból brzucha, a że nie miałam żadnych skurczy przepowiadających to nie do końca wiedziałam czy to faktycznie są te pierwsze skurcze, na które tyle czekałam. A że były od razu co dwie minuty, nie chciało mi się wierzyć, że to już to. Nie brałam pod uwagę, że właśnie zaczęłam rodzić, a przypomnę, że byłam trzy dni po terminie... 
Byłam w szoku. Środek nocy, Marcin śpi. Jak to tak w środku nocy do położnej dzwonić?! Mam ją obudzić?! Nieee, nie dzwonię. Byłam przekonana, że nic nie wiem o porodzie, o skurczach, o tym co mam teraz robić. Bałam się cholernie, że pojadę do szpitala i mnie wyśmieją, że pukną się w czoło i powiedzą, że to żadne skurcze, że mam zwidy i omamy, żebym wracała do domu i im tyłka w środku nocy nie zawracała. Chodziłam po domu, kręciłam się z pokoju do kuchni, z kuchni do łazienki, z balkonu do salonu. Marcin spał, nie wiedziałam co robić. Do szpitala jedzie się przy skurczach co 5 minut, niby cały czas to wiedziałam. A ja miałam skurcze co 2 minuty od samego początku jak tylko wstałam z łóżka... Co dwie minuty i trwały koło minuty. Nie wiem co ja miałam w głowie, że nie chciałam jechać od razu do tego szpitala... Przecież mogłam urodzić w domu z tego wszystkiego. Ale tak się bałam, ze pojadę do szpitala i mnie odeślą. Marcin co chwila się pytał czy wszystko ok, tak tak ok. Szedł spać i znowu zostawiłam sama... Za którymś razem mówię do niego, że wiesz, chyba jednak się zaczęło. Pytał się czy jedziemy, nie nie jedziemy, jeszcze nie. 
Koło 4 poszłam pod prysznic, powiedziałam M, że potrzebuje jego pomocy. Zaspany patrzył na mnie jednym okiem jakby chciał mi powiedzieć żebym sobie jaj nie robiła, przecież jest środek nocy... Od samego początku mierzyłam skurcze w aplikacji, świetna sprawa. Jak boli to totalnie człowiek gubi poczucie czasu, raz wydawało mi się, że skurcz trwał już 10 minut, a tam na stoperze minuta... Raz myślałam, że przerwa była super długa, a tam 2 minuty przerwy między skurczami... Jakiś dziwny stan, letarg, skupienie na bólu, odłączenie wszelkich innych bodźców i funkcji mózgu. Potrzebowałam M żeby mierzył te diabelne skurcze i klikał przycisk jak będę pod prysznicem. A, że prysznic miał trwać pół godziny, to nie było innego rozwiązania. Ja pod prysznicem, M siedzący na kibelku z telefonem. Gadaliśmy sobie, żartowaliśmy jak przychodził skurcz to tak jak w każdej książce czytałam, zginało mnie w pół, zagryzałam zęby, całe ciało broniło się przed bólem. Przypomniałam sobie wtedy, że wszystko robię nie tak, że trzeba robić na odwrót, dać na luz, jak jest skurcz to ruszać się i dać się prowadzić przez ból, nie bronić się przed nim, kołysać biodrami. Myślałam sobie cały czas, że ten ból sprawia, że Iwek przesuwa się w dół, że to jest bardzo potrzebne i dobre, że z każdym kolejnym skurczem jestem tylko bliżej porodu, że już niedługo się to skończy, że jeszcze tylko chwila. K*%&...  Łatwo mówić jak nie boli! Dobra, rozluźniałam się i śmiałam się sama do siebie. Już wtedy nie było ze mną dobrze, bolało jak jasna cholera. Jak boli, a ja się śmieję to znaczy, że boli i to baaardzo! Wtedy właśnie pierwszy raz rozumiałam, że ja wcale nie chcę rodzic... Że ja wcale nie byłam gotowa na ten ból. Kto lubi ból miesiączkowy? A kto lubi ból miesiączkowy razy sto?! Tak... Koszmar! Serio, koszmar. Po jakimś czasie Marcinowi siedzenie na kibelku zbrzydło. Przyniósł sobie, uwaga, poduszkę i kołdrę...? Tak, położył się na ziemi między przedpokojem, a łazienką. Proszę, nie zmyślam.
Dalej klikał przycisk w aplikacji ze skurczami. Godzina 4 nad ranem, ja tańcząca i śmiejąca się z bólu pod prysznicem, Marcin na podłodze w przedpokoju, a Zoja? W łóżku na poduszce smacznie spała! Woda pomogła na ból, było bosko. Ale pod koniec zaczęło być mi słabo i duszno, a i jeszcze niedobrze... Lałam na siebie gorącą wodę, a głowę wystawiałam za prysznic bo nie miałam czym oddychać... Tak bardzo chce mi się teraz śmiać z tej całej sytuacji.
Do szpitala dojechaliśmy dopiero na 6:00. Po drodze podjechaliśmy jeszcze na stację benzynową zrobić zakupy... Jak ruszaliśmy ze stacji, skurcze dalej co 2 minuty, boli jak diabli, uświadomiłam sobie, że chyba jednak muszę po położną zadzwonić. Dzwonię, nie odbiera... Nie no, bez niej nie rodzę! Marcin, nie jedziemy! Wysyłam sms'a, a pod szpitalem dzwonię znowu. Ups, odebrała, do tego ją obudziłam... Jak dziś pamiętam jak bardzo mi było głupio haha! Okazało się, że o 7 zaczyna dyżur, więc z nią rodzić nie mogę. Pyta czy chcę zastępstwo, jedyne czego ja chcę stojąc pod tym szpitalem to mieć to już za sobą. Nie chciałam zastępstwa, do tej pory nie wiem dlaczego... Tego ranka nic nie było logiczne i nic nie miało większego sensu. Bardzo mnie to teraz bawi. Jakbym mózg w domu zostawiła. Dobra, rodzę bez swojej położnej, było mi wszystko jedno.
Na IP okazało się, że rozwarcie na 2-3 centymetry, ciagle miałam obawy że wyśmieją mnie i odeślą do domu. Od wejścia na izbę miałam takie dreszcze, że nie umiałam się podpisać, z emocji bardziej niż z zimna. Hormony szalały. Lekarz mnie zbadał, milion papierków, zgód, już nie pamietam nawet czego. Tak się źle czułam, że wszystko bym podpisała, wstyd przyznać. Przebrałam się i już razem pojechaliśmy na porodówkę. 
Dostałam największą salę, którą oglądaliśmy na szkole rodzenia. Okazało się, że na dzień dobry muszę się położyć. Miałam w głowie, że jak boli to lepiej się ruszać, wtedy już bolało mocno, a oni mi się każą położyć grr. Ale położna podłączyła mnie pod KTG, założyła wenflon, dostałam kroplówkę, pobrali krew i tyle. Leżeć i czekać aż rozwarcie będzie postępować. Jak przyjdą wyniki krwi to dostanę znieczulenie. Już wtedy nie rozważałam czy oby na pewno chce rodzic ze znieczuleniem. Odliczałam tylko minuty do przyjścia anestezjologa. Pytali mnie ze 3 razy, nie było z tym najmniejszego problemu. Najbardziej bolały skurcze przy 4 centymetrach.
Wtedy przyjechała moja położna. Okazało się, że tym telefonem, co mi za niego tak bardzo wstyd było, to uratowałam ją, bo zaspałaby na dyżur. Wyłączyła wszystkie budziki, tylko jakaś nawiedzona Olka się dobijała. Nie ma tego złego, trafiłam z porodem na jej dyżur, więc płacić nie musiałam i uwaga, byłam jedyną rodzącą w tym czasie, więc tak jakby miałam i tak ją tylko dla siebie. Pogadałyśmy, pozwoliła mi iść pod prysznic, M wyciągnął ręcznik i poszliśmy razem. Nie chciałam siedzieć tam sama, spędziłam kolejne pół godziny pod gorącą wodą. Wyszłam, bo znowu było mi słabo i niedobrze. Zdążyłam się ubrać i był już u mnie anestezjolog ze znieczuleniem. Przed znieczuleniem wymiotowałam z bólu, było mi tak strasznie słabo, miałam mroczki przed oczami. 
O 8:00 dostałam znieczulenie. Do 10:00 podsypiałam, bo praktycznie nic nie bolało, taka niesamowita ulga jak ten ból odpuszcza, jak kolejne skurcze się po prostu nie pojawiają! Czekasz i czekasz, a ich nie ma. M poszedł sobie zjeść śniadanie, bo bał się, że i tak spędzimy tam cały dzień. O 9:30 wracają skurcze, ale tym razem z krzyża, zupełnie inne. Czy bardziej bolą? Chyba nie, ale cholernie dobijające psychicznie jest to, że znowu boli. W głowie miałam ciągle to, że o 10:00 miałam dostać kolejne znieczulenie, więc jakoś dotrwałam, odliczałam minuty, wpatrywałam się w zegar. Powtarzałam sobie - oby tylko dotrwać do 10:00. Nie wykraczałam myślami dalej niż do najbliższej czynności jaka miała mnie czekać, nie myślałam o matko jeszcze 10 godzin bólu, nieeee.
Nagle przyszło uczucie jakbym bardzo musiała do toalety... Leżę pod tym cholernym KTG, myślę sobie jak ja im to teraz powiem, że ja muszę do łazienki...? Kombinuję, kombinuję i przypominam sobie (o ja głupia) ze szkoły rodzenia, że to oznaka skurczy partych!! Mówię co i jak i że bóle z krzyża i za ile przyjdzie anastezjolog. Zanim miałam dostać znieczulenie najpierw i tak musiałam mieć badanie ginekologiczne żeby sprawdzić czy poród postępuje i jak z rozwarciem.
A tu nagle 8 cm... Słucham?! Jak to 8?! Podobno przy 8 jest największy kryzys i okrutny ból... No bolało, ale nie gorzej niż przy tych 4 centymetrach. No i skoro było 8, to bez szans na znieczulenie... Słucham?! Jak to bez szans? Ja bez znieczulenia nie rodzę... Chciało mi się płakać, jeszcze 2 centymetry i to totalnie bez znieczulenia?! Okazało sie, ze te 2 centymetry to zrobiły się niewiadomo kiedy. Przyszła położna kazała mi wstać, powiedziała że zaczynamy 2 fazę porodu, stajemy przy drabince i będziemy przeć. No dobra, skoro tak mówi to niech jej będzie. Ze cztery skurcze parte przy drabince, bardziej jakbym się miała załatwić niż jakbym rodziła. Duży wdech, zatrzymanie powietrza, parcie i od nowa. Niby się spinałam, napinałam mięśnie, robiłam o co prosiła, ale nie widziałam rezultatu. Nie bolało jakbym rodziła, ale ona tam się lepiej na tym zna ode mnie. Chwaliła mnie, mówiła że super, że tak muszę robić, że dobra robota. Potem ze dwa parte na kucki i mówi dobra dobra, kładziemy się szybciutko. Kładziemy się? Mówię cholera co się dzieje, jak to się kładziemy?! Ale że coś jest nie tak?? Byłam taka skołowana, że słowa nie wypowiedziałam. Niech sobie robi co chce ze mną, mogę się i nawet na podłodze położyć jeśli sobie życzy. Położyłam się, ubrali się w kubraki, zadzwonili gdzieś i krzyczą - noworodki!!! Jak to cholera noworodki?! Ja wiem, że rodzę, ale że to już?? Proszę przeć, a niech Wam będzie, mogę nawet i przeć. Ale że to już?! Prę raz, mówią żebym przestała. Następny oddech i mam przeć, czuję, że to już. Dostaję takiego powera, że pre od razu kolejny raz i... Urodziłam... Nie krzyczałam, ja nawet się nie zdążyłam zorientować co się dzieje.
Nie płacze! O matko... Normalnie to wiem, że ma prawo nie płakać, ale pierwsza reakcja - o matkooo nie oddycha! Kładą mi go od razu na brzuchu, jest bordowy, zaczyna płakać, jest taki ciepły, taki mały. Patrzę ma Marcina, a ten ryczy. Ja nie płaczę, jeszcze to wszystko do mnie nie dociera. To się stało tak szybko, jeszcze nie rozumiem, że urodziłam zdrowego chłopaka, że urodziłam sobie syna na imieniny. Parte trwały 12 minut, urodziłam w 4,5 godziny od przyjazdu do szpitala. Teraz wszystko jasne czemu to wszystko działo się tak szybko. Byłam nacięta, musieli mnie trochę pozszywać, znieczulenie finalnie dostałam tylko raz.
Iwo Tadeusz Witkowski
18.05.2019 10:27
3308 g 53 cm