wtorek, 25 września 2018

Podwójna narzeczona | No to kiedy ślub?


Jak to jest być narzeczoną? Jak to jest nie mieć już chłopaka?
Śmiesznie i zarazem ciężko się przyzwyczaić, w końcu na dobrą sprawę nic się w naszym życiu nie zmieniło, a jesteśmy razem już pięć lat. Według prawa, oficjalnie, czy jak to inaczej nazwać, zmieniło się całkiem sporo. Nigdy nie miałam parcia ani na pierścionek, ani na narzeczonego, ani tym bardziej na ślub. Klasyczne polskie wesela to totalnie nie moje klimaty. Spędy rodzinne i wydawanie niebotycznych sum na salę, orkiestrę, hektolitry alkoholu, suknię, fryzury, kwiaty jakoś do mnie nie przemawiają. Zwyczajnie szkoda mi pieniędzy, które wolałabym wydać na jakiś fajny wyjazd. Najbardziej na świecie marzy mi się ślub na boska na plaży, z dała od wszystkich, tak jak zaręczyny, ale wiele osób nigdy by mi tego nie wybaczyło, a rodzinę ma się jedną i coraz bardziej rozumiem, że nie będzie mi to dane.
Dałam się póki co przekonać na posiadanie narzeczonego i pierścionka, to już w moim wykonaniu spory sukces. Były zatem zaręczyny, całkiem z resztą oryginalne, bo u nas przecież normalnie być nie może. Historię pierwszego pierścionka ukradzionego w drodze do Indonezji doskonale znacie. Napiszę tylko, że karma wraca i wierzę w to, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Za pierścionkiem długo nie płakałam, M od razu po powrocie z wakacji stanął na głowie, żebym jako narzeczona miała się czym pochwalić, dostałam nowy, identyczny i w ten właśnie sposób stałam się podwójną narzeczoną i drugi raz powiedziałam magiczne TAK. 

Przyszła pora na nieśmiertelne pytanie zadawane zaraz po gratulacjach: no to kiedy ślub?! Za każdym razem mam nieodpartą ochotę odpowiedzieć bardzo asertywnie i oryginalnie: nigdy! Ja wieeem, jak już powiedziałam A, to teraz pora powiedzieć B...  Ale! Na ślub w Polsce zgodzę się pod jednym, jedynym pozorem, że absolutnie wszystko będzie po mojemu, że nikt mi nie będzie mówił, że wypada albo nie wypada, kogo trzeba zaprosić, a co dobrze byłoby zrobić. NIE! To ma być mój dzień, nie podobają mi się śluby, wesela, wiejskie potańcówki, oczepiny i inne dziwaczne zwyczaje. Są ludzie, którzy całe życie o tym marzą, rozumiem, ale jeśli ja mogę pójść na ustępstwa i zgodzę się na ślub, to fajnie gdyby moje zdanie też zostało w tym wszystkim uszanowane. Weźmiemy cywilny, w ogrodzie, w trampkach, w boho stylu, z najbliższymi, z dobrym obiadem, prosecco, świeczkami, parkietem pod gołym niebem, saksofonem w tle i milionem zdjęć. Jak uda nam się na to wszystko kiedyś zarobić to bardzo chętnie się tym wszystkim z Wami podzielę i zabiorę Was tam ze sobą.


poniedziałek, 17 września 2018

Wyjazd na Bali | Q&A

Wybaczcie, że kazałam Wam tyle czekać, ale jakoś nie mogłam się zabrać za ten post. Ale udało się! Zapraszam do czytania. Wszystkie pytania dostałam od Was na Instagramie odnośnie naszego ostatniego wyjazdu do Indonezji. Wyjazd trwał równo 14 dni, byliśmy na Komodo, Flores, Rinca i Bali. 

Przez jakie biuro organizowaliśmy wyjazd?
Wszystko organizowaliśmy sami, takie wyjazdy są najlepsze! Loty kupiliśmy w lutym, hotele finalnie zarezerwowaliśmy przez internet w lipcu, transport organizowaliśmy na miejscu. Reszta tak jak na każdym innym wyjeździe. Wiem, że dużo osób ma obawy przed samodzielnym organizowaniem wyjazdów, wakacjami bez biura podróży, profesjonalnej opieki oraz tego, że w razie jakichkolwiek kłopotów, niepowodzeń, chorób, wypadków, opóźnień można liczyć na wsparcie. Dla mnie samodzielne organizowanie wyjazdów to niesamowite wyzwanie, wieloetapowe zadanie, które sprawia mnóstwo frajdy i satysfakcji.
Jak wyglądał nasz lot? 
Lecieliśmy z Warszawy do Singapuru LOTem, około 12h. Z Singapuru liniami AirAsia, a z Bali na Flores z lotniska krajowego, na którym koczowaliśmy jakieś 10h. W sumie podróż zajęła nam około 35 godzin, mój życiowy rekord. Droga powrotna była szybsza, łatwiejsza i przyjemniejsza, bo ruszaliśmy już z Bali liniami Scoot, a z Singapuru już prosto do Warszawy LOTem. Jedyna przeszkoda to fakt, że na lotnisku w Singapurze czekaliśmy 7h na kolejny samolot...
Lubię latać, uwielbiam! Więc nie jestem wiarygodna w ocenie takich podróży, mogłabym latać całymi dniami. Jedyne czego nie lubię to przesiadki i długie oczekiwanie na kolejny lot, jest to bardzo męczące. Na trasie z Warszawy do Singapuru i z powrotem mieliśmy dwa posiłki i napoje bez ograniczeń, na lotnisku w Singapurze w obie strony zjedliśmy spory obiad, do tego mieliśmy zawsze przy sobie jakieś drobne przekąski na czarną godzinę i powiem Wam, że w kwestii jedzeniowej udało nam się nieźle przeżyć tyle godzin w podróży.
Czy był problem z wymianą na balijską walutę?
Balijska waluta czyli rupia indonezyjska sama w sobie jest dość zabawna, znaczy nie sama waluta, a jej wartość. Najzwyczajniej w świecie każdy Indonezyjczyk i każdy turysta odwiedzający Indonezję jest milionerem!!! Milion rupii to w przybliżeniu 250 złotych. Problemu z wymianą pieniędzy nie ma, wręcz na ulicach atakowały nas z każdej strony kantory. Na przykład w Kucie co drugi straganik miał swój mały kantor. Jeśli nie wybierasz się w turystyczne rejony pieniądze zawsze można wymienić na lotnisku, kurs już nie jest tak korzystny, ale lepsze to niż nic. Ah no i zabraliśmy ze sobą dolary i euro, złotówek nie da się wymienić!
Co ze sobą zabrać? 
Przede wszystkim paszport, pieniądze, ubezpieczenie, bikini, dużo sukienek, japonki, kapelusz, okulary przeciwsłoneczne, krem z filtrem, metalowe słomki, dobry humor i nic więcej nie potrzeba! Nie zabierałam niczego specjalnego, czego nie wzięłabym na każde inne wakacje. Może to i jest koniec świata, ale jest cywilizacja. Jeśli skończy Ci się szampon, to bez obaw, nie będziesz musiała chodzić całe wakacje z brudną głową! Jak nastawiasz się na zakupy, to pamiętaj żeby zostawić sobie pare kilogramów zapasu w walizce, żeby nie dopłacać potem w drodze powrotnej za nadbagaż.
Jak zorganizować samemu taką wyprawę, od czego zacząć planowanie?
Planowanie zdecydowanie najlepiej jest zacząć od znalezienia i kupienia najtańszych albo najbardziej odpowiadających nam lotów. Jest to z pewnością najdroższy element takiego wyjazdu. Jeśli możesz dostosować swój urlop do tanich lotów, okazji cenowych, przecen i promocji, tym lepiej dla Ciebie! My niestety mieliśmy jedynie dwa tygodnie wolnego w konkretnym terminie i do tego musieliśmy dopasować loty, stąd nie wyszło to wcale korzystnie cenowo, ale coś za coś, mogliśmy przecież wcale nie lecieć! Jeśli masz już bilety to najwyższa pora odpowiedzieć sobie na kilka zasadniczych pytań. Ile pieniędzy masz do wydania? Co chcesz robić? Zwiedzać czy odpoczywać? Czy chcesz cały pobyt spędzić w jednym miejscu? Czy chcesz mieszkać nad morzem czy wgłąb lądu? Czy chcesz wybrać się na wycieczkę na inną wyspę? Czym chcecie się przemieszczać? Jakie macie wymagania względem hotelu? Basen, śniadania, klimatyzacja, bar? Może hostel? Pytań jest milion! Trzeba usiąść na spokojnie i zastanowić się czego chcesz, na czym najbardziej Ci zależy i na co Cię stać!
Jakie są koszty takiego wyjazdu?
Za dwie osoby na dwa tygodnie wydaliśmy koło 13 tysięcy, z czego około 6 tysięcy to były przeloty, a około 4 tysiące kosztowało nas safari i nurkowanie. Dla jednych duzo, dla innych mało, nad tym nie ma co się rozwodzić. Jedliśmy dwa razy dziennie w lokalnych restauracjach, wieczorem piliśmy piwko, drinki, na plaży kupowaliśmy kokosy, kukurydzę i kurczaka z grilla, przywieźliśmy dosłownie kilka pamiątek i jedliśmy na lotnisku jeśli bylismy głodni. Żyliśmy dość oszczędnie, jedzenie w Indonezji jest bardzo tanie, alkohol bardzo, bardzo drogi w porównaniu do jedzenia. Przykładowo ryż smażony z kurczakiem, którym najadałam się na pół dnia kosztował 7zł, tyle samo co 0,5l piwa, a butelka bardzo słabej jakości whiskey w sklepie obok hotelu kosztowała koło 100 zł.
Co można zjeść, a czego po prostu trzeba spróbować?
Rodzaj restauracji bardzo zależy od tego gdzie się wybieracie. Na przykład w Kucie trafienie na klasyczne indonezyjskie jedzenie zajęło nam mnostwo czasu i znaleźliśmy i tak tylko jedną, która nam psowała! Za to pizzerii i knajp z burgerami było więcej niż w naszym centrum handlowym. Ale jak pojechaliśmy do Uluwatu to repertuar zmienił się diametralnie, bardziej swojskie, mniej turystyczne okolice i miejsc, gdzie jedzą miejscowi i turyści bardziej ceniący balijskie klimaty pojawiło się o wiele, wiele więcej. Tam można było zjeść przede wszystkim smażony ryż i makaron na tysiące sposobów, sajgonki, przeróżne zupy (wywar+mięsko+makaron), no i oczywiście owoce morza w każdej ilości, formie i różnorodności. I to jest właśnie to, co według mnie trzeba tam zjeść!
Miejsca w których mieszkałam, jak szukałam, czy polecam i na co zwrócić uwagę?
Hoteli szukałam przez booking. W Kucie najbardziej zależało nam żeby być w centrum, w hotelu z basenem, klimatyzacją, w formie bungalowów, blisko plaży. Te wszystkie opcje można zaznaczyć w wyszukiwarce, a potem to już kwestia gustu, lokalizacji, oglądania zdjęć i co się komu podoba. Ah, no i oczywiście podstawowa kwestia - kasa! Szukałam czegoś taniego, bez luksusów, w końcu w hotelu spędzaliśmy tylko klika chwil. Musicie wziąć jednak pod uwagę, że rzeczywistość lubi się znacząco różnic od zdjęć i to, że im więcej osób wyjeżdża, tym trudniej o jednomyślność przy wyborze hotelu. Na co zwrócić uwagę? Hm, dla mnie chyba najważniejsze są opinie ludzi, które można sprawdzić na bookingu, ale też w wielu innych miejscach. Im więcej opinii tym lepiej, bo to oznacza, że jeździ tam dużo ludzi i średnia ocena jest wiarygodna.
W Kucie wybraliśmy Easy Surf Camp, który widzicie na zdjęciu powyżej. W Uluwatu zdecydowaliśmy się po długich dyskusjach na My Dream Resort & Spa i nie żałujemy. Oba hotele polecam, zdjęcia trochę podkręcone, ale jak na swoją cenę to jakość adekwatna, pojechałabym drugi raz.
A pierwsze 5 dni spędziliśmy na łodzi w postaci safari nurkowego, absolutnie najcudowniejsze chwile podczas całego wyjazdu! Niczego nie szukałam, bo właścicielką łodzi i organizatorem jest znajoma Ola (tutaj macie link). Pływaliśmy pomiędzy Komodo, Flores i Rinca. Nurkowaliśmy trzy razy dziennie, mieliśmy trzy posiłki, desery i podwieczorki, każdy miał swoją kajutę z klimatyzacją i łazienką. Oglądaliśmy żółwie, rekiny, manty, zachody słońca, bezludne wyspy, malownicze plaże i miejscowych na małych, biednych łóżeczkach łowiących wszystko, co nadaje się do jedzenia. O nurkowaniu planuję osobny post, stąd brak zdjęć spod wody!
Relacja z wyjazdu cały czas jest do obejrzenia w wyróżnionych na moim Instagramie, a jeśli macie jeszcze jakieś pytania to bardzo chętnie odpowiem!

piątek, 14 września 2018

Post po przerwie | Lubię pisać


Wracam do pisania do Was, na stałe, na bieżąco, regularnie i bez wymówek! Zwykle to właśnie - nie mam czasu, nie mam pomysłu, nie mam zdjęć, wypadłam z rytmu (w którym nigdy nie byłam), mogę w tym czasie zrobić coś innego, nie mam o czym pisać. 

A właśnie, że mam i po prostu lubię to robić, sprawia mi to frajdę i przyjemność. Fajne jest to, że mogę się z Wami dzielić czymś, co krąży mi po głowie, a każdy kto będzie chciał może sobie tu wejść i poczytać. Mam w końcu swoje miejsce w sieci, do którego nikt z przypadku nie zabłądzi. Zawsze powtarzam, żebyście robili to co lubicie, co Was interesuje, co sprawia, że się uśmiechacie, za co zabieracie się z radością. Że szkoda Wasze prawdziwe pasje, zainteresowania, hobby chować przed światem, bo nie wypada, bo co inni pomyślą, bo szkoda na to czasu. Czasu to owszem szkoda, ale na takie gadanie. 

To teraz muszę i ja być wreszcie konsekwentna i zacząć do Was pisać zawsze wtedy kiedy będę miała na to ochotę, a co! A tematów w kolejce stoi kilka, jak nie kilkanaście, czas mam, ochotę mam, komp wreszcie wrócił z serwisu, zdjęcia są, a jak nie ma, to zawsze można pójść na psi spacer połączony z wygłupami przed aparatem! Szukajmy sposobów, a nie wymówek i od razu będzie nam trochę łatwiej realizować swoje plany. Z tym Was dzisiaj zostawiam, a ja idę za ciosem 
i przygotowuję dla Was kolejne posty! ;)
 
Leginsy: Reebok
Koszulka: HM

piątek, 18 maja 2018

#niechowamsie | kampania Eveline Cosmetics

My, kobiety lubimy sobie utrudniać życie, wymyślać problemy i martwić się czymś, czego nie ma. Lubimy też błogie lenistwo, czekoladę, kawę i buty! Ale nie można zjeść ciastka i mieć ciastko. Skoro chcemy założyć bikini bez wstydu, pojechać na wakacje z wysoko podniesioną głową, iść na basen z dumą, że sumiennie przepracowałyśmy ostatnie miesiące…to nie możemy chodzić na siłownię w myślach, a zdrowe obiadki oglądać na Instagramie.

Ja staram się regularnie trenować, zdrowo jeść, suplementować się, pić dużo wody, uważać na to jakich kosmetyków używam, smarować się kremami i balsamami, bo to kompleksowe podejście do mojego ciała, zdrowia i życia. Nie robię tego dlatego, że wstydzę się, że nie lubię swojego ciała, czy chcę coś ukryć! Dbam o swoje ciało, bo je kocham, szanuję i wiem, że taki tyłek jaki mam, będę miała do końca życia. Więc czemu mam o nie nie dbać? Czemu nie mam robić wszystkiego i sięgać po różne środki żeby czuć się i wyglądać lepiej? 

Kampania nie ma wmawiać nam kompleksów, tego, że cellulit to coś złego i coś, czego należy się wstydzić. Powinnyśmy mieć świadomość, że ma go większość z nas, że to nie jest temat tabu. Ja mam cellulit, mam rozstępy i pryszcze i mam się świetnie! Ale nauczyłam się, że w życiu są ważniejsze rzeczy, że te kompleksy nie są nam do niczego potrzebne, że niszczą nam życie, zabierają radość, spontaniczność i poczucie bezpieczeństwa. 

Stosowałam całą serię od Eveline Cosmetics Slim Extreme 4D Scalpel przez ostatni miesiąc i muszę Wam powiedzieć, że oprócz fajnych efektów wizualnych dostałam też w pakiecie kopa motywacji! Skoro robię wszystko dla swojej skóry od zewnątrz, to dlaczego w tym samym czasie miałabym jeść niezdrowo czy obijać się na kanapie w domu?  Przez to, że motywowałam Was i zapraszałam do udziału w kampanii #niechowamsie, ja też wzięłam się solidnie za siebie. 

Sama przez wiele, wiele lat walczyłam z olbrzymimi kompleksami i wiem ile można przez nie stracić! Dlatego tak bardzo chciałabym żebyście nie robiły tego błędu co ja i cieszyły się tym co macie, tym jak wyglądacie i korzystały z życia nie przejmując się tym, co ktoś o Was pomyśli. Dziewczyny, nie chowajcie się, ani ze swoim wyglądem, ani ze swoimi opiniami, bądźcie po prostu sobą.

czwartek, 22 lutego 2018

Leń w szafie | Powroty bywają fajne

Idzie wiosna! Czas powrócić do starych i lubianych zdrowotnych rytuałów. Najpierw Święta, potem wyjazdowe ferie, a na koniec ważne badania i okropne choróbsko. Wszystko sprawiło, że wypadłam z gry na dobre dwa miesiące! Kondycja i forma leżą i kwiczą niczym mały grubiutki prosiaczek. W planach treningi siłowe, dużo spacerów, świeże domowe soczki, regularne picie wody! Lenia chowamy do szafy razem z chipsami i frytkami. 
Kiedyś się złościłam, miałam kompleksy, psuł mi się humor jak znajdowałam kolejną fałdkę i nie lubiłam poruszać tego tematu. To chyba z wiekiem przyszedł rozsądek, dystans i zrozumienie, że skoro nie zgrubłam w tydzień to i w tydzień nie odgrubnę. Zaczęłam się tym bawić i mam niesamowitą frajdę z tego, że znów będę mogła obserwować jak zmienia się moje ciało pod wpływem tylko kilku małych, niby nic nie znaczących czynności. Cieszę się i już nie mogę się doczekać co z tego wyjdzie. Nie przechodzę na żadną dietę, nie odchudzam się i narzucam sobie nic na siłę. Wracam do swoich sprawdzonych, zdrowych nawyków, na które przez ostatnie miesiące nie było czasu, możliwości ani zdrowia.
Dajcie mi dwa tygodnie i dam Wam znać czy z szafy pierwsze uciekły chipsy czy leń! A może macie jakieś zdrowe rytuały godne grubiutkiego prosiaczka?


Jaki będzie mój 2018? | Wszystko tylko nie postanowienia

Podsumowanie roku pojawiło się dawno temu, przyszła pora na cele, zadania i plany na nowy rok. Nad życie nie cierpię słowa "postanowienia" brrr! Najgorsze słowo świata, które kojarzy mi się jedynie z niepowodzeniem, niezadowoleniem, zawodem i rozgoryczeniem... Ludzki mózg jest śmieszny. Piszę o tym samym, w taki sam sposób, jedynie nazywam to inaczej i od razu mi lepiej!
Zawsze spisuję sobie wszystko to, co mam do zrobienia i już samo odhaczanie sprawia niesamowitą frajdę. Lista na 2018 wygląda mniej więcej właśnie tak:

Wrócić na Bali.
Absolutny numer jeden tego roku. Obiecałam sobie, że zabiorę tam mojego M, a po moim jesiennym wyjeździe również to, że sama jeszcze kiedyś tam wrócę. 
O tym, że kupiłam już bilety doskonale wiecie... A o tym jak to się stało, że pierwsze zadanie na ten rok szybciej zrealizowałam niż zapisałam, napiszę jak tylko znajdę chwilę! ;)
Mniej pracować, a więcej się realizować.
Bo kto nie chciałby rzucić w kąt pracy i zająć się pełnoetatowo spełnianiem marzeń, realizowaniem pasji i podróżowaniem? Żeby nie zwariować trzeba mieć trochę czasu dla siebie i umieć znaleźć balans w tym zabieganym i zapracowanym świecie, w którym na to wszystko trzeba jeszcze zarobić.
Dojść do porozumienia z własnym zdrowiem.
Temat długi i obszerny. Nie będę gderać i stękać na temat mojej niedoczynności, IBS i miliona podejrzeń o tym co mi jest, albo co mi mówią, że jest. Tak czy inaczej mam co robić, a jak wiadomo w temacie zdrowia trzeba się uzbroić w cierpliwość, wytrwałość, determinację i pieniądze...
Pojechać w Tatry latem.
Nigdy, ale to przenigdy nie lubiłam chodzić po górach! Latami jeździłam tam na obozy kondycyjne, letnie, zimowe, białe szkoły, byłam nawet pięć lat temu na zimowej wędrówce po Bieszczadach. Z wojskowymi! Chyba wtedy zasiane zostało małe, maluteńkie ziarenko, które potrzebowało baaaardzo dużo czasu żeby wykiełkować. W ferie na obozie w Bukowinie naszła mnie myśl, że bardzo, ale to bardzo chciałabym pójść w Tatry... No i noclegi już prawie zarezerwowane! :)
Zwiedzić cały świat.
Cel jak co roku, haha! Sukcesywnie i po malutku realizuję. Nad życie kocham podróże i nie wyobrażam sobie siedzieć cały rok w jednym miejscu. Im więcej jeżdżę, tym większy mam apetyt, tym dalej sięgają moje plany i tym bardziej są odważne, im dalej uda mi się dotrzeć. Mogłabym zawodowo zajmować się zwiedzaniem świata... To marzenie niesamowicie uczy oszczędzania i zarządzania swoimi finansami. My ciągle uczymy się jak to robić żeby jak najmniej wydawać, a jak najwięcej odkładać.
Jakie są Wasze postanowienia na ten rok? A może udało Wam się już coś zrealizować?

niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie 2017 | Rok spełnionych marzeń

Siedzę i myślę, podsumowuję sobie wszystko to, co spotkało mnie w tym roku i w głowie mi się nie mieści jak bardzo był udany. Nie wiem nawet od czego zacząć… Był tak wyjątkowy i niezwykły, że nigdy nawet nie oczekiwałam po nim aż takich fajerwerków! Co roku mam jedno życzenie: aby kolejny rok był lepszy, fajniejszy, bogatszy w doświadczenia, podróże i spełnione marzenia od poprzedniego. Nic więcej. W 2017 wydarzyło się tak dużo, że nie sposób nawet wspomnieć i opowiedzieć Wam o wszystkim, ale jeśli jesteście ze mną na bierząco to myślę, że niektórych rzeczy nawet nie trzeba Wam przypominać! :)
Absolutnym hitem roku jest wygrana w pierwszym w życiu konkursie, w którym nagrodą było coś więcej niż bon na kawę czy roczna prenumerata fit magazynu. Wygrałam wyjazd, wycieczkę, spełnienie najskrytszego marzenia, podróż na koniec świata. Ktoś za nic, za darmo podarował mi największe szczęście, radość, satysfakcję, frajdę i spełnienie. Poleciałam na Bali, zobaczyłam miejsce, które było największym ze wszystkich marzeń, odhaczyłam to najważniejsze z najważniejszych! Jestem tak niesamowicie wdzięczna, wzruszona i szczęśliwa, że dane mi było tam być, zobaczyć na własne oczy te wszystkie palmy, plaże i zachody słońca, choć odrobinę zasmakować tego balijskiego klimatu.
Miałam pierwszą w swoim życiu sesję zdjęciową, w rezultacie której wygrałam konkurs. Kolejny już tego roku! Zostałam twarzą marki DayUp Pearls, z którą w 2018 dużo jeszcze podziałamy. Więcej zdradzić nie mogę, ale ten rok dał z pewnością początek fajnej, przyszłościowej i kreatywnej współpracy. Cieszę się, że mogę być częścią czegoś, pod czym mam ochotę podpisać się obiema rękami.
Zakończone studia. Więcej chyba mówić nie trzeba? Obroniłam pracę magisterską, co przez wszystkie lata liceum i pierwsze lata studiów wydawało mi się wyczynem godnym zdobycia Mount Everestu. Wiem, zabawne. Strach przed wystąpieniami publicznymi nie wybiera! ;)
Ilość wolnego czasu, dowolność w wyborze pracy, świadomość zakończenia ważnego etapu w moim życiu, zdobycie, bądź co bądź, (pewnie jedynego) tytułu naukowego w moim życiu, to tylko pierwsze co przychodzi mi do głowy, a plusów jest pewnie jeszcze kilka.
Wyjazdy. Ich jednak zawsze jest mi mało… 2017 to sześć obozów z dzieciakami, Albania i Livigno. Mnóstwo czasu spędzonego na snowboardzie i na żaglach. Gdyby nie obozy to nie miałabym aż tylu okazji do wyjeżdżania, jeżdżenia po Polsce, zwiedzania i odwiedzania nowych miejsc. Lubię to i nie przeszkadza mi to, że jadę do pracy. Dla mnie to super odskocznia, fajne urozmaicenie, odpoczynek od rutyny i w jakimś stopniu zaspokojenie mojej miłości do życia w ciągłej podróży.
Oprócz tego poznałam mnóstwo inspirujących, ciekawych i kreatywnych ludzi. Byłam na wielu ważnych, fajnych i motywujących eventach. W codziennym życiu niby niewiele się zmieniło, ale wiele projektów rozpoczętych jeszcze w tym roku zaowocuje dopiero za jakiś czas. 
Ten rok był jak zawsze lepszy od poprzedniego pod absolutnie każdym względem!!! Więcej wyjazdów, motywacji, uśmiechu, energii, pracy, pieniędzy, eventów, współprac, projektów, klientów, pomysłów, nowych znajomości, planów, spełnionych marzeń... Oj tak, zdecydowanie 2017 to rok spełnionych marzeń! <3

Jakie plany i cele na najbliższy rok? Napiszę niebawem. ;)